Posts Tagged With: Podróż dookoła świata

Polacy z Santa Rosy

Z okazji ostatnich Świąt Narodowych a także siedemdziesiątej rocznicy zdobycia Monte Cassino przez 2 Korpus Polski czas na wpis historyczny. Jak zapewne wiecie, wraz z Armią Andersa opuściło ZSRR kilkadziesiąt tysięcy cywilów, wśród nich sporo dzieci i sierot, coś trzeba było zrobić z nimi. Cywile nasi byli rozlokowani w tak egzotycznych miejscach jak Iran (w Muzeum Sikorskiego w Londynie można podziwiać dywan perski, utkany przez polskie sieroty w 1943 roku w Isfahanie – dar dla generała Andersa), Afryka, Indie czy… Meksyk. I o meksykańskim rozdziale będzie dzisiaj mowa. Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 komentarze

Nowa nadzieja…

Czas najwyższy zacząć nadrabiać zaległości, a że to niedziela, ciąży więc na mnie niejako obowiązek wywiązania się ze złożonej obietnicy. Tytuł wpisu wyraża nadzieję na to, że autor weźmie d..ę w troki i zacznie regularnie blogować 🙂

Wracamy dzisiaj do Meridy (po raz kolejny), a dokładniej do ruin znajdujących się w pobliżu. Mowa o Mayapan.Wyprawa do tych ruinek była jedną z najprzyjemniejszych dotychczas. Złożyły się na to 4 czynniki: moją bazą wypadową była Merida, którą uwielbiam, cały koszt wyprawy (transport, wstęp) zamknął się w 76 pesetach, miałem całe ruinki niemalże wyłącznie dla siebie i można było się wspiąć na każdy budynek. Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Znowu ten Meksyk…

Autobus do Valladolid (oczywiście drugiej klasy) jechał 3,5 godziny. Nasz gospodarz z CS odebral nas z dworca i zabrał do swojej restauracji, chociaż określenie wiejska gospoda bardziej by pasowało (albo piątkowa dyskoteka w remizie). Był piątek, godzina 16, knajpa pełna w połowie, pan przygrywał smętne miłosne piosenki na klawiszach, jakaś podstarzała parka nieudolnie pląsała w pobliżu, stoliki były okupowane przez panów, którzy chyba akurat byli na przepustce z więzienia, a ich towarzyszki chyba się wzmacniały przed rozpoczęciem zmiany w najstarszym zawodzie świata… Staropolskie słowo „żulernia” doskonale pasuje do opisania tego lokalu 🙂 Niestety nie zaryzykowałem wyjęcia aparatu w tym miejscu… Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 komentarze

Viva Mexico Cabrones!

Mam małe opóźnienie, ale nie martwcie się, aż tak dużo się nie działo 🙂 Musiałem wziąć przerwę od podróżowania i pobyczyć się na plaży – wróciłem m.in. na wyspę Holbox, ale tym razem miałem słońce przez cały tydzień. Pewnie jeszcze tam wrócę. Ale do rzeczy, biorąc pod uwagę, że już od 10 dni jestem w Stanach, czas najwyższy nadrobić zaległości.

W Meridzie zatrzymaliśmy się u Cristiny z Couchsurfingu. Mieliśmy tylko chwilę, żeby rzucić okiem na układ miasta, który to widziałem powielony w wielu miastach i miasteczkach meksykańskich, które były założone przez Hiszpanów. W centrum zawsze jest duży plac, po jednej stronie którego stoi kościół, a po drugiej zazwyczaj budynek, nazwijmy go, administracji publicznej. Od placu odchodzą ulice, krzyżujące się pod kątem prostym i dzielące przylegający do placu teren na równe kwadraty. Miasta tak zakładane mają to do siebie, że są bardzo łatwe w nawigacji. Cancun, które było zbudowane w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat jest bardzo chaotyczne. Często wzdłuż placu znajdowały się kamienice szlachty hiszpańskiej, w przypadku Meridy była to rodzina Montejo, której to przedstawiciel, Francisco de Montejo y León („el Mozo”) założył Meridę w 1542 na miejscu miasta Majów T’Hó. Zwiedziliśmy kamienicę Montejów, którzy to zamieszkiwali tę posiadłość do lat 70-tych ubiegłego wieku. Sami oceńcie na jakim poziomie żyli potomkowie konkwistadorów.

Katedra Św. Ildefonsa - pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Katedra Św. Ildefonsa – pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Sypialnia (i basenik)

Sypialnia (i basenik)

Patio

Patio

Wieczorem udaliśmy się na plac Santiago, gdzie zjedliśmy panuchos (smażona na głębokim tłuszczu tortilla z różnymi dodatkami), a później wybraliśmy sie na przejażdżkę po pasażu Montejo, wzdłuż którego znajdują się przepiękne rezydencje, w większości okupowane teraz przez banki.

Na drugi dzień Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd wzięliśmy autobus do Uxmal (Uszmal), ruin miasta Majów założonego prawdopodobnie w VI wieku, zbudowanego w stylu Puuc. Przybyliśmy rano i dopiero koło południa zaczęły się zjeżdżać autobusy z wycieczkami, więc mogliśmy się przechadzać bez konieczności przebijania się przez tłumy. Uxmal znaczy „zbudowane trzy razy”, aczkolwiek główna świątynia składa się z… pięciu różnych świątyń. Główną atrakcją jest Świątynia Czarownika, mająca 38 metrów wysokości i charakterystycznie zaokrąglone boki. Jest to główna budowla całego kompleksu, niestety nie da się na nią wspiąć. Kolejnymi budynkami robiącymi wrażenie są Pałac Gubernatora (nazwy te były nadawane przez Hiszpanów), boisko do gry w piłkę (pelote – znowu hiszpański) i kwadratowy kompleks, którego przeznaczenie nie jest znane – mogła to być świątynia albo akademia wojskowa. Miałem też okazję zabawić się w Indianę Jonesa, kiedy to zapuściliśmy się w nieuczęszczaną część kompleksu i znaleźliśmy nieodrestaurowaną świątynię – oczywiście musiałem się wspiąć (znaczy się odkryć i zdobyć 🙂 ). Na budynkach często można zobaczyć maski Chaaca (boga deszczu) i Kukulcana (boga wiatru). Był to bardzo udany dzień – wreszcie mogłem zobaczyć na własne oczy to, o czym tylko czytałem…

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

Świątynia Czarownika - stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo - oczywiście każdy klaskał :)

Świątynia Czarownika – stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo – oczywiście każdy klaskał 🙂

Maski bożków

Maski bożków

Pałać Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Pałac Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami... Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami… Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubarnatora

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubernatora

Dzień zakończył się spożywaniem mezcalu (wódka z agawy), tańcach (ja tylko patrzyłem) przy akompaniamencie pochodzących z Rosji piosenek 😦

Mezcaleria

Mezcaleria

Nazajutrz Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd udaliśmy się do Valladolid, gdzie oczekiwał nas kolejny gospodarz z CS – Tony. Ale o tym w następnym odcinku.

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , | Dodaj komentarz

O blogowaniu…

Hmm, przeczytałem dziś wpis „zawodowego blogera podróżniczego” (nie wiem nawet czy istnieje taki termin) o tym, jak pisać bloga, żeby był on atrakcyjny dla czytającego. I wszystko (podobno) sprowadza się do tego, żeby nie przynudzać… Przystanąłem na chwilę, żeby się zastanowić nad głęboką treścią tego wpisu i parę minut później wiedziałem, że właśnie straciłem parę minut mojego życia na coś, co za bardzo nie ma sensu. Myślę, że trzeba zacząć od powodu, dla którego ktoś pisze bloga. Jeśli chodzi o to, żeby przyciągnąć jak najwięcej czytelników, a co za tym idzie, zacząć nawet robić jakieś pieniądze na blogowaniu, to treść nie może być nudna. Ale jak zdefiniujemy „nudę”? Patrząc na liczbę moich stałych czytelników, można by odnieść wrażenie, że mój blog jest nudny, ale celem mojego życia (i bloga) nie jest zabawianie innych. Na blogu moim opisuję moje pasje – czytanie, historię, podróżowanie, próbowanie nowych potraw 🙂 Sprawia mi to ogromną frajdę, a fakt, że są ludzie, którzy czasem zaglądają na mój blog, jest dodatkową korzyścią. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na podróż, nie wszystkim chce się wyszukiwać artykułów na temat Polaków, którzy czegoś, gdzieś tam dokonali. I od tego, moim zdaniem, jest blog. Dać próbkę czegoś dobrego. Przeczytasz o czymś, zainteresuje Cię to, to poszukasz sobie więcej informacji, może nawet kupisz książkę. A może jakiś artykuł zainspiruje Cię do spróbowania czegoś nowego. I to jest to, co mnie m.in. napędza. Dokumentowanie mojej wyprawy (ktoś to nazwał wyprawą życia) i jednocześnie dzielenie się moimi wrażeniami. Nie pretenduję do roli najlepszego blogera w sieci, robię to, co mi sprawia przyjemność. Średnia żywotność bloga podróżniczego to 15-16 miesięcy. Ludzie zaczynają miesiąc przed, podróżują przez rok i jeszcze przez chwilę po coś dopisują. Ja patrzę na mojego bloga jak na coś bardziej trwałego, bo przecież nie trzeba jechać do Południowej Ameryki, żeby pisać o czymś interesującym. I nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby zobaczyć coś nowego, czego doskonałym przykładem jest blog mojej znajomej, Katarzyny vel Mieci: http://po-w-czasie.blogspot.co.uk/

Każdy jej wpis jest podróżą samą w sobie i przyznam się, że zazdroszczę trochę Kasi jej stylu, ale ona też pisze o tym, o czym czuje potrzebę napisania i o to chodzi w blogowaniu.

Kończę moje dywagacje na temat blogowania i zabieram się do kolejnego wpisu o podróży w Meksyku. Mam nadzieję, że nie będzie nudny 😉

Witojcie w moim zamecku, hej!  Fort San Miguel w Campeche

Witojcie w moim zamecku, hej!
Fort San Miguel w Campeche

Categories: Podróż | Tagi: , , | 2 komentarze

Pierwsze kroki w Meksyku

Czas na pierwszy wpis z podróży (nareszcie!). Pierwszych dwanaście dni spędziłem z Marysią, koleżanką poznaną w Londynie. Dla niej to były wakacje, dla mnie początek podróży w… nieznane? Z pewnością dotychczasowe doświadczenia pokazały, że nie można sobie wszystkiego zaplanować. Jest to nie tylko inny kontynent, wszystko inne jest tak różne od tego co znamy z Europy. Począwszy od tak prostych (ale jakże cieszących) rzeczy jak pogoda, poprzez jedzenie, muzykę no i ludzi przede wszystkim.

Wylądowaliśmy w Nowy Rok w Cancun i powitał nas żar lejący się z nieba. Na lotnisku mnóstwo osób, których jedynych zadaniem jest pomaganie turystom, wszyscy mówią po angielsku – to się aż tak często nie zdarza w Meksyku. Większość przybyłych udawało się do tzw. Strefy Hotelowej, która wygląda jak typowy resort. Szereg hoteli, centra handlowe i mnóstwo europejskich i amerykańskich turystów. My mieliśmy zarezerwowany hostel w mieście (za jedyne $6 za noc) i bardzo dobrze, że tak zrobiliśmy. Na placu w pobliżu hostelu (Parque Las Palapas) trwała fiesta, ludzie tańczyli (naprawdę dobrze wywijali), jedli, dzieci biegały dookoła – głównie Meksykanie. Mnóstwo budek z jedzeniem (tacos za 15 pesos). Za poradą lokalsa spróbowaliśmy Chicharrones (świńska skórka usmażona na głębokim tłuszczu)  z kapustą, pomidorami, serem i dużą ilością pikantnej, darmowej salsy. Chwilę później zagadała do nas Leticia, Meksykanka tam mieszkająca, która dała nam mnóstwo porad odnośnie miejsc do zwiedzenia i miejsc w Cancun, gdzie można dobrze zjeść (z części porad skorzystaliśmy). Mieszkańcy Jukatanu są bardzo serdeczni, uśmiechali się, życzyli nam Szczęśliwego Nowego Roku i co ciekawe, alkoholu nie widzieliśmy.

Dzieci miały dużo radochy :) Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Dzieci miały dużo radochy 🙂 Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Szopka musi być!

Szopka musi być!

Zwiedzania w Cancun nie ma dużo, miasto służy wielu głównie za pierwszy przystanek na Jukatanie (3 miliony ludzi rocznie ląduje w Cancun). Po zwiedzeniu Mercado 28, dużego placu z pamiątkami (gdzie ze względu na moją białą skórę otrzymałem od jednego ze sprzedawców ksywkę Mr Clean 🙂 ) wzięliśmy miejscowy autobus (stary i rozklekotany) do Strefy Hotelowej, bo są tam jedyne w Cancun ruinki (El Rey) i Muzeum Majów. Pierwszy zgrzyt – wg cudownego Lonely Planet muzeum powinno być w innym miejscu… Ruinki malutkie, ale było mało osób, a lasek, w którym ruinki się znajdują jest bardzo klimatyczny. Muzeum nowoczesne, ale tylko w części opisy były po angielsku. Wieczorem spotkaliśmy się na browarka z parą Polaków poznanych na lotnisku, Mają i Szymkiem. Mają oni bardzo ciekawe pomysły na artykuły, które chcą napisać i sprzedać gazetom w Polsce – powodzenia i może do zobaczenia gdzieś na świecie!

Lokalna remiza

Lokalna remiza

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka :)

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka 🙂

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

DSCN3322

Hmm, co Däniken by powiedział? :)

Hmm, co Däniken by powiedział? 🙂

Znudzeni Cancun wsiedliśmy rankiem następnego dnia w autobus do Tulum, pierwszych poważnych ruin. Komunikacja w Meksyku odbywa się głównie za pomocą autokarów. Są różne klasy tychże. Drugą klasą podróżuje dużo Meksykanów, są tańsze, ale wciąż bardzo wygodne (więcej miejsca na nogi niż w niejednej „taniej” linii lotniczej w Europie 🙂 ), jest jednak małe „ale”. Autokary te przejeżdżają przez wszystkie najmniejsze dziury, jest to bowiem często jedyny środek transportu pomiędzy miasteczkami. Ale można przynajmniej zobaczyć, jak żyją ludzie na wsi. Autokary pierwszej klasy są droższe (do Tulum 40 peset więcej), ale jeśli już się gdzieś zatrzymują, są to większe miejscowości. Są też autokary luksusowe, taka autokarowa „business class”. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy i musi podróżować przez kilkanaście godzin, ma to sens. Warto jednak sprawdzić loty. Ja za bilet z Cancun do Mexico City zapłaciłem mniej więcej tyle samo co za autokar, a zaoszczędzę jakieś 22 godziny.

Wstęp do ruinek kosztuje 59 peset, a widoki sa przepiękne. Ruinki są malowniczo położone, otoczone z trzech stron murem (Tulum znaczy mur w języku Majów, Majowie jednak nazywali miasto Zama – Świt), z czwartej strony sąsiadują z Morzem Karaibskim koloru turkusowego. W pobliżu brzegu przebiega też rafa kolarowa, więc jest to raj dla nurkujących. Na wprost jednego z budynków (zwanego El Castillo) jest przesmyk, którym można było się przedostać przez rafę i dotrzeć do miasta. Na wieży El Castillo paliły się ognie, które wskazywały łodziom drogę. Nie są to ani bardzo duże ruiny, ani tak ładne jak np. Chichen Itza, ale ze względu na położenie, godne polecenia. Nie są one też bardzo stare, zamieszkane były od mniej więcej XIII wieku do pierwszej połowy XVI. Było sporo ludzi, przeważali Amerykanie i Rosjanie (jeden z amerykańskich turystów myślał, że iguana wygrzewająca się w słońcu jest sztuczna…) ale można było spokojnie sobie wszystko pooglądać. Pod koniec wizyty zaczęło padać, trzeba było więc kończyć wizytę. Pani sprzedająca bilety autobusowe dosyć skutecznie mnie ignorowała, obsługując Meksykanów poza kolejnością, aż w końcu po interwencji innych w kolejce i moich morderczych spojrzeniach łaskawie sprzedała bilety. W Meksyku należy uzbroić się w cierpliwość, obsługa klienta trochę przypomina tę PRL-owską, ale my, Polacy, jesteśmy na to przygotowani 🙂

Piękne okoliczności przyrody - Tulum

Piękne okoliczności przyrody – Tulum

DSCN3371

Pocztóweczka

Pocztóweczka

DSCN3384

DSCN3409

Następnego dnia pożegnaliśmy Cancun i wsiedliśmy do autokaru do Chiquili, skąd wzięliśmy prom na wyspę Holbox (olbosz). Piękna wyspa, na której można porządnie wypocząć. Poopalać się, popływać, pospacerować po plaży, popatrzeć na gwiazdy w nocy, zjeść dobrze czy spróbować kite boardingu. Wszystko to pod warunkiem, że jest ładna pogoda… Na cztery dni, padało przez trzy. Wiatr był tak mocny, że Marysia mogła zapomnieć o nauce kite boardingu. Cóż można robić, kiedy pada? Spać, czytać, siedzieć na necie, jeść, osuszyć zapasy przywiezione z Polski, potaplać się w błotku, pogadać z innymi ludźmi, wziąć udział w zajęciach organizowanych w hostelu (akro-joga, pub quiz, oglądanie filmów), pogadać z Polką pracującą w hostelu i modlić się do Kukulcana (boga wiatru) o przegnanie chmur 🙂 Jedyna pociecha w tym, że podobno kiedy dużo pada w zimie, spada ryzyko wystąpienia huraganów w lecie. A patrząc na materiały użyte do budowy większości domków, po przejściu dużego huraganu wyspę pewnie można zasiedlać od nowa. Na szczęście trafił się jeden gorący dzień i kiedy jest ładna pogoda, Holbox to prawdziwy raj.

Błotko na Holbox - uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Błotko na Holbox – uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Słoneczko :)

Słoneczko 🙂

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w... Meksyku :(

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w… Meksyku 😦

Matka Boża z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

Matka Boska z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

No cóż, wszystko co „dobre” kiedyś się kończy, więc patrząc z nadzieją w niebo, wsiedliśmy w autokar jadący do Meridy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną kanapę u Cristiny. Ale o naszych tam wyczynach w następnym wpisie 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Zmiany, zmiany, zmiany…

Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, ale to nie z lenistwa. Sporo się ostatnio dzieje w moim życiu i jako rezultat tego wyprawa niestety została odłożona o 6 miesięcy. Sześć miesięcy to niby nie dużo, ale wystarczająco żeby zmienić trasę. Bo jeśli będę wyruszał na początku przyszłego roku, muszę obrać inny kierunek ze względu na pogodę. Podróżowanie w zimie po Ukrainie czy Kaukazie może być trochę bardziej skomplikowane niż w lecie 🙂 Dlatego podróż rozpocznie się od Meksyku. Taki był zresztą pierwotny plan. Obawiam się, że Stany i Kanada będą musiały poczekać, bo nie byłoby mądrym posunięciem zaczynanie podróży od drogich krajów. Ameryka Łacińska jest tańsza, no i nie ma żadnych ograniczeń wizowych, więc będę miał czas, żeby zobaczyć wszystko co chcę i bez zbędnego pośpiechu. Będę tylko musiał omijać Brazylię w czasie Mistrzostw Świata, ale przyjazd tuż po wydaje się być dobrym pomysłem, bo tłumów już nie będzie, a na pewno inwestycje poczynione przed Mistrzostwami ułatwią podróżowanie. No chyba, że nasza reprezentacja się zakwalifikuje i będzie potrzebowała dodatkowego wsparcia 🙂 Z nową trasą, Nowa Zelandia i Australia będą jedynymi drogimi krajami i wypadną w środku. Kiedy dotrę do Azji, powinienem już być ekspertem w tanim podróżowaniu 🙂

Bieszczady mi się marzą

Bieszczady mi się marzą

Cóź więc zrobić z wolnym czasem w tym roku…? Skupię się na odkrywaniu „polskiego” Londynu. Trzeba by też zaplanowac jakiś urlop… Pieniążki trzeba oszczędzać, więc mam dwie opcje: zostać w Londynie (nuuuda) albo pojechać do Polski. Ale nie chcę zamieniać jednego miasta na drugie, więc gdzie by tu wyskoczyć? Nigdy nie byłem w Bieszczadach, a ciągnie mnie w góry. Po drodze mógłbym zahaczyć o Muzeum Okręgowe w Tarnowie i zobaczyć część kolekcji Sanguszków, o której wspomniałem tutaj. Ale mam jeszcze kilka miesięcy na planowanie.

Muzeum Okręgowe w Toruniu

Muzeum Okręgowe w Tarnowie

Czas szybko leci, Wielkanoc już za miesiąc z kawałkiem. Nie pamiętam, kiedy byłem na Wielkanoc w Polsce… Postanowiłem wybrać trochę dłuższą drogę tym razem. Wezmę nocny autokar do Amsterdamu, spędzę dzień w Amsterdamie (Muzeum Marynistyczne mi się marzy), po czym wsiądę do nocnego pociągu Jan Kiepura do Poznania, szybka przesiadka i już jestem we Wrocławiu, ze sporym zapasem czasu na przygotowanie święconki 🙂 Wyniesie mnie to wszystko mniej więcej tyle samo, co samolot „tanich lini lotniczych”, a ile nowych doświadczeń?!?

Muzeum Marynistyczne w Amsterdamie

Muzeum Marynistyczne w Amsterdamie

Trasa pociągu Jan Kiepura

Trasa pociągu Jan Kiepura

Obiecuję również poprawę – nowe wpisy będą się pojawiały regularnie. Nie dajcie się grypie!!!

Categories: Podróż, Różności | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Aktualności

Uff, przez ostatnie parę tygodni miałem tyle do zrobienia w pracy, że nie wiedziałem w co ręce najpierw wsadzić 😦 Nawet zapomniałem odliczać, a tu już tylko 244 dni zostało 😀 W tym tygodniu rozpocząłem szczepienia i to mi uzmysłowiło, że naprawdę się zbliżamy do „godziny W”. W poście dzisiejszym pozwolę sobie tylko uaktualnić plany, które (a to coś nowego!) troszeczkę się zmieniły. Pod wpływem uroczej pary z Brazylii, Edu i Cynthii (naszych gości z Couchsurfing), postanowiliśmy dodać Brazylię do naszej listy. Gościliśmy ich na początku czerwca (dokładnie wtedy kiedy dostaliśmy baty od Czechów na Euro) przez kilka dni. Oni dopiero rozpoczynali swoją podróż i Londyn był ich pierwszym przystankiem. Okazało się, że bratnie dusze mogą mieszkać w tak odleglym miejscu jak Sao Paolo. Po kilku godzinach mieliśmy wrażenie, jakbyśmy znali się w czwórkę od conajmniej 10-ciu lat. Pod wpływem ich opowieści, stwierdziliśmy, że jednak odwiedzimy Brazylię, zwłaszcza że oni zdążą już wrócić z podróży i będziemy mogli się u nich zatrzymać; zaoferowali nam również pomoc przyjaciół w Rio 🙂 Do Sao Paolo ciągnie mnie z powodu Kolekcji Sanguszków. Sanguszkowie (Sanguszkowicze), herbu Pogoń Litewska, to stary ród magnacki wywodzący się od brata Władysława Jagiełły, Fiodora. Ale wracając do zbiorów. Pamiętając, że część zbiorów zaginęła w czasie I Wojny Światowej, książe Roman Sanguszko, po wybuchu kolejnej wojny w 1939r., załadował kolekcję na ciężarówki i z Podhorców przez Rumunię, zbiory trafiły do Brazylii, gdzie pozostają pod opieką fundacji kulturalnej Sanguszków i ostatniego potomka rodu, ks. Pawła Sanguszko.

Pałac Sanguszków w Podhorcach

Nie martwcie się jednak, jeżeli nie możecie pojechać do Brazylii – duża część kolekcji znajduje się w posiadaniu Tarnowskiego Muzeum Okręgowego, troszeczkę bliżej 🙂 Ja spróbuję zobaczyć coś z tej kolekcji w Sao Paolo, o czym z pewnością czytelnikom uprzejmie doniosę:) Polonia w Brazylii jest również spora. Co prawda wskutek rozpoczętej pod koniec lat 30-tych nacjonalizacji, nowe pokolenia straciły kontakt z językiem, kulturą i Polską, ale odrodzenie rozpoczęło się na początku lat 80-tych, Papież-Polak będący prawdopodobnie motorem tych dążeń odrodzeniowych.

Druga zmiana dotyczy początkowego etapu podróży. Planowaliśmy z Krymu lecieć do Taszkientu, ale to by było zbyt proste… Weźmiemy z Krymu prom do Gruzji. Objedziemy Gruzję, Armenię (w 301r. n.e. Królestwo Armenii jako pierwsze państwo uznało chrześcijaństwo jako religię panującą – nawet przed Cesarstwem Rzymskim) i zjedziemy Turcję ze wschodu na zachód, kończąc w Stambule, skąd weźmiemy samolot do Uzbekistanu.

Klasztor Tatew w Armenii

Kolejna zmiana dotyczy Harbinu w Chinach, tudzież w Mandżurii. Nie wiedziałem jak zaciągnąć tam moją ślubną, bo fakt, że miasto zostało założone przez Polaków nie był wystarczająco ważny, aby nadłożyć tyle drogi. Rozwiązanie samo się nasunęło. Oglądałem kiedyś program o Chinach i nagle pokazują Harbin i opowiadają o Festiwalu Lodu, który rozpoczyna się 5 stycznia każdego roku. I moim oczom ukazały się całe budynki wyrzeźbione w lodzie, które wieczorem są podświetlane różnokolorowymi światłami. Wyglądało to magicznie. Szybko wyszukałem dodatkowe informacje w necie, podsunąłem żonce i już wiedziałem, że takiego show moja Droga Małżonka sobie nie odpuści 😀 Trzeba będzie trochę pokombinować z terminami, ale damy radę.

Harbin w czasie festiwalu – to wszystko zostało wyrzeźbione w lodzie

Ostatnia zmiana dotyczy Stanów. Miało ich nie być, ale chyba będą. Gdyby się okazało, że coś tam jeszcze w portfelu zostało, kiedy znajdziemy się w Meksyku, trzeba mieć plan. I ja ten plan mam! Znalazłem blog naszego rodaka, który kupił jakiegoś grata, i z opłatami i ze wszystkim wyszło mu około $1000. Podobno nawet mechanik mu powiedział, że by w tym czymś nie wyjechał za miasto… Cóż, mechanik ze mnie żaden, a poza tym my nie mamy nikogo w Stanach, kto mógłby nam pozałatwiać wszystkie formalności. Trochę zmarkotniały wszedłem na stronę Avisa. Sprawdzałem wcześniej Avisa w Gruzji i chcieli £600 za dwa tygodnie, więc nie miałem na co liczyć, ale nadzieja matką wynalazków, czy coś tam… BAM! Średniej wielkości samochód osobowy, z ubezpieczeniem, na 2 miesiące… $1000 „Stany, Stany, fajowa jazda…” 😀 Oczywiście trzeba będzie dorzucić coś za drugiego kierowcę, ale dostajesz prawie nowy, ubezpieczony samochód. Oh yeah!!! A skoro będę w Stanach, to jak mógłbym nie odwiedzić kuzyna w Edmonton i znajomych w Toronto?!? To wszystko oczywiście pod warunkiem, że jeszcze będziemy mieli kasę w Meksyku… Jeśli w ogóle dotrzemy do Meksyku 😀

Także to tyle jeśli chodzi o aktualności. Jesień przyszła, trzeba będzie niedługo kupić dynie i porobić lampiony. Ja długie jesienno-zimowe wieczory wykorzystam na lekturę, bo czasu coraz mniej, a Plan niemalże z każdym tygodniem staje się coraz ambitniejszy. Trzymajcie się ciepło (powiedział, pijąc gorącą herbatę z malinami…).

Categories: Podróż | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

A teraz coś z zupełnie innej beczki…

Dzisiaj odejdę troszkę od suchego tonu, w jakim były napisane moje poprzednie posty i zajmę się głównym powodem założenia bloga – PODRÓŻĄ DOOKOŁA ŚWIATA. Sorki za te krzyki, ale jestem tak podekscytowany, że aż zacząłem odliczać dni… Moja droga Małżonka puka się w czoło, ale nic to, zostało 392 dni do ostatniego dnia w pracy!!!
Jak się zrodził pomysł podróży, opisałem już skrótowo w „O mnie…”, więc nie będę się powtarzał. Powiem tylko, że ogólny zamysł jest taki, żeby, gdziekolwiek nie będziemy, poszukać śladów naszych Rodaków. Oczywiście w większości przypadków będzie to łatwe zadanie, bo gdzie nas nie wywiało?!? Mam na myśli już kilku „osobników” i aż palce mnie świerzbią, żeby napisać o nich, ale chcę najpierw na własne oczy zobaczyć to, co stworzyli, cyknąć fotkę i wtedy zalać Was lawiną wiedzy.
Padło już pytanie, jakich to polskich śladów będę szukał na Wyspie Wielkanocnej i hmm… jestem pewien, że coś wyszperam. Nawet jeśli miałaby to być pusta butelka po winie „Zemsta Teściowej”, to ogłoszę triumfalnie: „Nasi tu byli!!!”

Profesjonalnie wykonana mapa podróży

Załączam moją nieudolną próbę przedstawienia planu podróży. Oczywiście, plan ten może ulec i zapewne ulegnie zmianom, o czym łatwo można się przekonać czytając którykolwiek z podróżniczych blogów. Zapewne w trasie usłyszymy o miejscach, które musimy zobaczyć. Pamiętam jak w hostelu w Madrycie każdego poranka jeden z „podróżników” otoczony był wianuszkiem słuchaczy, spijających każde słowo z jego ust. Czy był doświadczonym podróżnikiem czy tylko gawędziarzem nie wiem, bo ulice Madrytu wzywały… Ale faktem jest, że ludzie uwielbiają opowiadać o swoich podróżach i często są źródłem potrzebnych informacji.
Gdyby „mapa” jednak okazała się mało czytelna, pokrótce opiszę trasę.
Z rodzinnego Wrocławia wyruszymy na Ukrainę. Chcemy zobaczyć zachodnią Ukrainę i Krym, skąd polecimy do Uzbekistanu, na który chcemy poświęcić 3-4 tygodnie. Stamtąd szybki (bezproblemowy mamy nadzieję) przeskok nad Afganistanem do Delhi. Na Indie nie przeznaczymy zbyt dużo czasu z tego względu, że żadnego z nas nigdy tam nie ciągnęło. Zobaczymy Delhi, trzęsące się (shaking) minarety i święte miasto hinduistów i buddystów, Waranasi. Stamtąd udamy się do Nepalu, gdzie zrobimy jakiś mały trek z Himalajami w tle. Tybet niestety sobie tym razem odpuścimy, ze względu na obowiązek wykupienia drogiej „wycieczki” i braku pewności czy władze chińskie nie zamkną granicy. Po Nepalu czas na Chiny, w których chcemy zostać jakieś 4 tygodnie i sprecyzowanego planu jeszcze nie mamy. Chciałbym „wpaść” do Harbinu, na północny wschód od Pekinu, ponieważ miasto to zostało założone przez Polaków budujących kolej dla cara. Po Chinach czas przyjdzie na Pd.-Wsch. Azję, a więc Wietnam, Kambodża, Laos, Tajlandia. Myślę, że 3-4 tygodnie w każdym z tych krajów powinny wystarczyć.
Po drodze do Australii chcemy odwiedzić Malezję i Indonezję. Były też w planie Filipiny, ale to jeszcze wyjdzie w praniu… W Australii zwiedzimy tylko wschodnie wybrzeże; żeby zobaczyć cały kontynent, musielibyśmy zostać tam przez co najmniej 12 miesięcy… Z Australii żabim skokiem dostaniemy się do Nowej Zelandii, kraju hobbitów, znaczy się Maorysów 🙂
Ostatnim etapem podróży będzie Ameryka Południowa. Na liście życzeń znajduje się Chile z Wyspą Wielkanocną, Argentyna, Boliwia, Peru, Kolumbia i Panama z Meksykiem w Ameryce Środkowej. Oczywiście jesteśmy bardzo elastyczni jeśli chodzi o ostatni etap, zwłaszcza że nigdzie nie jest wymagana wiza.
Tak pokrótce wygląda Wielki Plan, jednocześnie, wraz z rozpoczęciem podróży blog stanie się blogiem historyczno-podróżniczym w pełnym tego słowa znaczeniu. A do tego czasu, będę dalej oszczędzać, czytać, planować i dokarmiać Was ciekawostkami historycznymi.

Categories: Podróż | Tagi: , | 2 komentarze

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: