Posts Tagged With: Majowie

Nowa nadzieja…

Czas najwyższy zacząć nadrabiać zaległości, a że to niedziela, ciąży więc na mnie niejako obowiązek wywiązania się ze złożonej obietnicy. Tytuł wpisu wyraża nadzieję na to, że autor weźmie d..ę w troki i zacznie regularnie blogować 🙂

Wracamy dzisiaj do Meridy (po raz kolejny), a dokładniej do ruin znajdujących się w pobliżu. Mowa o Mayapan.Wyprawa do tych ruinek była jedną z najprzyjemniejszych dotychczas. Złożyły się na to 4 czynniki: moją bazą wypadową była Merida, którą uwielbiam, cały koszt wyprawy (transport, wstęp) zamknął się w 76 pesetach, miałem całe ruinki niemalże wyłącznie dla siebie i można było się wspiąć na każdy budynek. Czytaj dalej

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Znowu ten Meksyk…

Autobus do Valladolid (oczywiście drugiej klasy) jechał 3,5 godziny. Nasz gospodarz z CS odebral nas z dworca i zabrał do swojej restauracji, chociaż określenie wiejska gospoda bardziej by pasowało (albo piątkowa dyskoteka w remizie). Był piątek, godzina 16, knajpa pełna w połowie, pan przygrywał smętne miłosne piosenki na klawiszach, jakaś podstarzała parka nieudolnie pląsała w pobliżu, stoliki były okupowane przez panów, którzy chyba akurat byli na przepustce z więzienia, a ich towarzyszki chyba się wzmacniały przed rozpoczęciem zmiany w najstarszym zawodzie świata… Staropolskie słowo „żulernia” doskonale pasuje do opisania tego lokalu 🙂 Niestety nie zaryzykowałem wyjęcia aparatu w tym miejscu… Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 Komentarze

Pierwsze kroki w Meksyku

Czas na pierwszy wpis z podróży (nareszcie!). Pierwszych dwanaście dni spędziłem z Marysią, koleżanką poznaną w Londynie. Dla niej to były wakacje, dla mnie początek podróży w… nieznane? Z pewnością dotychczasowe doświadczenia pokazały, że nie można sobie wszystkiego zaplanować. Jest to nie tylko inny kontynent, wszystko inne jest tak różne od tego co znamy z Europy. Począwszy od tak prostych (ale jakże cieszących) rzeczy jak pogoda, poprzez jedzenie, muzykę no i ludzi przede wszystkim.

Wylądowaliśmy w Nowy Rok w Cancun i powitał nas żar lejący się z nieba. Na lotnisku mnóstwo osób, których jedynych zadaniem jest pomaganie turystom, wszyscy mówią po angielsku – to się aż tak często nie zdarza w Meksyku. Większość przybyłych udawało się do tzw. Strefy Hotelowej, która wygląda jak typowy resort. Szereg hoteli, centra handlowe i mnóstwo europejskich i amerykańskich turystów. My mieliśmy zarezerwowany hostel w mieście (za jedyne $6 za noc) i bardzo dobrze, że tak zrobiliśmy. Na placu w pobliżu hostelu (Parque Las Palapas) trwała fiesta, ludzie tańczyli (naprawdę dobrze wywijali), jedli, dzieci biegały dookoła – głównie Meksykanie. Mnóstwo budek z jedzeniem (tacos za 15 pesos). Za poradą lokalsa spróbowaliśmy Chicharrones (świńska skórka usmażona na głębokim tłuszczu)  z kapustą, pomidorami, serem i dużą ilością pikantnej, darmowej salsy. Chwilę później zagadała do nas Leticia, Meksykanka tam mieszkająca, która dała nam mnóstwo porad odnośnie miejsc do zwiedzenia i miejsc w Cancun, gdzie można dobrze zjeść (z części porad skorzystaliśmy). Mieszkańcy Jukatanu są bardzo serdeczni, uśmiechali się, życzyli nam Szczęśliwego Nowego Roku i co ciekawe, alkoholu nie widzieliśmy.

Dzieci miały dużo radochy :) Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Dzieci miały dużo radochy 🙂 Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Szopka musi być!

Szopka musi być!

Zwiedzania w Cancun nie ma dużo, miasto służy wielu głównie za pierwszy przystanek na Jukatanie (3 miliony ludzi rocznie ląduje w Cancun). Po zwiedzeniu Mercado 28, dużego placu z pamiątkami (gdzie ze względu na moją białą skórę otrzymałem od jednego ze sprzedawców ksywkę Mr Clean 🙂 ) wzięliśmy miejscowy autobus (stary i rozklekotany) do Strefy Hotelowej, bo są tam jedyne w Cancun ruinki (El Rey) i Muzeum Majów. Pierwszy zgrzyt – wg cudownego Lonely Planet muzeum powinno być w innym miejscu… Ruinki malutkie, ale było mało osób, a lasek, w którym ruinki się znajdują jest bardzo klimatyczny. Muzeum nowoczesne, ale tylko w części opisy były po angielsku. Wieczorem spotkaliśmy się na browarka z parą Polaków poznanych na lotnisku, Mają i Szymkiem. Mają oni bardzo ciekawe pomysły na artykuły, które chcą napisać i sprzedać gazetom w Polsce – powodzenia i może do zobaczenia gdzieś na świecie!

Lokalna remiza

Lokalna remiza

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka :)

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka 🙂

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

DSCN3322

Hmm, co Däniken by powiedział? :)

Hmm, co Däniken by powiedział? 🙂

Znudzeni Cancun wsiedliśmy rankiem następnego dnia w autobus do Tulum, pierwszych poważnych ruin. Komunikacja w Meksyku odbywa się głównie za pomocą autokarów. Są różne klasy tychże. Drugą klasą podróżuje dużo Meksykanów, są tańsze, ale wciąż bardzo wygodne (więcej miejsca na nogi niż w niejednej „taniej” linii lotniczej w Europie 🙂 ), jest jednak małe „ale”. Autokary te przejeżdżają przez wszystkie najmniejsze dziury, jest to bowiem często jedyny środek transportu pomiędzy miasteczkami. Ale można przynajmniej zobaczyć, jak żyją ludzie na wsi. Autokary pierwszej klasy są droższe (do Tulum 40 peset więcej), ale jeśli już się gdzieś zatrzymują, są to większe miejscowości. Są też autokary luksusowe, taka autokarowa „business class”. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy i musi podróżować przez kilkanaście godzin, ma to sens. Warto jednak sprawdzić loty. Ja za bilet z Cancun do Mexico City zapłaciłem mniej więcej tyle samo co za autokar, a zaoszczędzę jakieś 22 godziny.

Wstęp do ruinek kosztuje 59 peset, a widoki sa przepiękne. Ruinki są malowniczo położone, otoczone z trzech stron murem (Tulum znaczy mur w języku Majów, Majowie jednak nazywali miasto Zama – Świt), z czwartej strony sąsiadują z Morzem Karaibskim koloru turkusowego. W pobliżu brzegu przebiega też rafa kolarowa, więc jest to raj dla nurkujących. Na wprost jednego z budynków (zwanego El Castillo) jest przesmyk, którym można było się przedostać przez rafę i dotrzeć do miasta. Na wieży El Castillo paliły się ognie, które wskazywały łodziom drogę. Nie są to ani bardzo duże ruiny, ani tak ładne jak np. Chichen Itza, ale ze względu na położenie, godne polecenia. Nie są one też bardzo stare, zamieszkane były od mniej więcej XIII wieku do pierwszej połowy XVI. Było sporo ludzi, przeważali Amerykanie i Rosjanie (jeden z amerykańskich turystów myślał, że iguana wygrzewająca się w słońcu jest sztuczna…) ale można było spokojnie sobie wszystko pooglądać. Pod koniec wizyty zaczęło padać, trzeba było więc kończyć wizytę. Pani sprzedająca bilety autobusowe dosyć skutecznie mnie ignorowała, obsługując Meksykanów poza kolejnością, aż w końcu po interwencji innych w kolejce i moich morderczych spojrzeniach łaskawie sprzedała bilety. W Meksyku należy uzbroić się w cierpliwość, obsługa klienta trochę przypomina tę PRL-owską, ale my, Polacy, jesteśmy na to przygotowani 🙂

Piękne okoliczności przyrody - Tulum

Piękne okoliczności przyrody – Tulum

DSCN3371

Pocztóweczka

Pocztóweczka

DSCN3384

DSCN3409

Następnego dnia pożegnaliśmy Cancun i wsiedliśmy do autokaru do Chiquili, skąd wzięliśmy prom na wyspę Holbox (olbosz). Piękna wyspa, na której można porządnie wypocząć. Poopalać się, popływać, pospacerować po plaży, popatrzeć na gwiazdy w nocy, zjeść dobrze czy spróbować kite boardingu. Wszystko to pod warunkiem, że jest ładna pogoda… Na cztery dni, padało przez trzy. Wiatr był tak mocny, że Marysia mogła zapomnieć o nauce kite boardingu. Cóż można robić, kiedy pada? Spać, czytać, siedzieć na necie, jeść, osuszyć zapasy przywiezione z Polski, potaplać się w błotku, pogadać z innymi ludźmi, wziąć udział w zajęciach organizowanych w hostelu (akro-joga, pub quiz, oglądanie filmów), pogadać z Polką pracującą w hostelu i modlić się do Kukulcana (boga wiatru) o przegnanie chmur 🙂 Jedyna pociecha w tym, że podobno kiedy dużo pada w zimie, spada ryzyko wystąpienia huraganów w lecie. A patrząc na materiały użyte do budowy większości domków, po przejściu dużego huraganu wyspę pewnie można zasiedlać od nowa. Na szczęście trafił się jeden gorący dzień i kiedy jest ładna pogoda, Holbox to prawdziwy raj.

Błotko na Holbox - uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Błotko na Holbox – uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Słoneczko :)

Słoneczko 🙂

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w... Meksyku :(

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w… Meksyku 😦

Matka Boża z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

Matka Boska z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

No cóż, wszystko co „dobre” kiedyś się kończy, więc patrząc z nadzieją w niebo, wsiedliśmy w autokar jadący do Meridy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną kanapę u Cristiny. Ale o naszych tam wyczynach w następnym wpisie 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: