Podwodniacy w Szwecji

Dzisiaj Dzień Flagi, jutro 3-ci Maja, należałoby więc coś napisać. Temat dzisiejszego postu był już poruszany, podobno nawet praca doktorska została napisana na ten temat. Ja napiszę parę słów o mojej krótkiej, aczkolwiek owocnej wizycie w Szwecji.

Moją pierwszą wizytę w kraju mojej dziewczyny zaczęliśmy od jej miasteczka, Mariefredu. Niby normalne, senne miasteczko nad brzegiem jeziora Mellaren, a jednak zadziwiająco dużo tu polskich śladów. Czytaj dalej

Reklamy
Categories: Różności | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Szwedzkie Święta

Święta, święta i po świętach… Żeby pozostać jeszcze chwilę w świątecznych klimatach, opiszę moje święta w Szwecji. Były to moje pierwsze niepolskie święta i muszę się przyznać, że mi się podobały.

Od razu mówię, że śniegu nie było. Zaczęło sypać w drodze na lotnisko i zasypało wszystko bardzo szybko. Moja dziewczyna pochodzi z Mariefredu, małego miastaczka oddalonego od Sztokholmu 30 minut pociągiem, jest to więc na południu i podobno śniegu nie ma do początku roku. Ale do rzeczy. Czytaj dalej

Categories: Różności, Uncategorized | Tagi: , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Polacy z Santa Rosy

Z okazji ostatnich Świąt Narodowych a także siedemdziesiątej rocznicy zdobycia Monte Cassino przez 2 Korpus Polski czas na wpis historyczny. Jak zapewne wiecie, wraz z Armią Andersa opuściło ZSRR kilkadziesiąt tysięcy cywilów, wśród nich sporo dzieci i sierot, coś trzeba było zrobić z nimi. Cywile nasi byli rozlokowani w tak egzotycznych miejscach jak Iran (w Muzeum Sikorskiego w Londynie można podziwiać dywan perski, utkany przez polskie sieroty w 1943 roku w Isfahanie – dar dla generała Andersa), Afryka, Indie czy… Meksyk. I o meksykańskim rozdziale będzie dzisiaj mowa. Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 Komentarze

Nowa nadzieja…

Czas najwyższy zacząć nadrabiać zaległości, a że to niedziela, ciąży więc na mnie niejako obowiązek wywiązania się ze złożonej obietnicy. Tytuł wpisu wyraża nadzieję na to, że autor weźmie d..ę w troki i zacznie regularnie blogować 🙂

Wracamy dzisiaj do Meridy (po raz kolejny), a dokładniej do ruin znajdujących się w pobliżu. Mowa o Mayapan.Wyprawa do tych ruinek była jedną z najprzyjemniejszych dotychczas. Złożyły się na to 4 czynniki: moją bazą wypadową była Merida, którą uwielbiam, cały koszt wyprawy (transport, wstęp) zamknął się w 76 pesetach, miałem całe ruinki niemalże wyłącznie dla siebie i można było się wspiąć na każdy budynek. Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Znowu ten Meksyk…

Autobus do Valladolid (oczywiście drugiej klasy) jechał 3,5 godziny. Nasz gospodarz z CS odebral nas z dworca i zabrał do swojej restauracji, chociaż określenie wiejska gospoda bardziej by pasowało (albo piątkowa dyskoteka w remizie). Był piątek, godzina 16, knajpa pełna w połowie, pan przygrywał smętne miłosne piosenki na klawiszach, jakaś podstarzała parka nieudolnie pląsała w pobliżu, stoliki były okupowane przez panów, którzy chyba akurat byli na przepustce z więzienia, a ich towarzyszki chyba się wzmacniały przed rozpoczęciem zmiany w najstarszym zawodzie świata… Staropolskie słowo „żulernia” doskonale pasuje do opisania tego lokalu 🙂 Niestety nie zaryzykowałem wyjęcia aparatu w tym miejscu… Czytaj dalej

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 Komentarze

Viva Mexico Cabrones!

Mam małe opóźnienie, ale nie martwcie się, aż tak dużo się nie działo 🙂 Musiałem wziąć przerwę od podróżowania i pobyczyć się na plaży – wróciłem m.in. na wyspę Holbox, ale tym razem miałem słońce przez cały tydzień. Pewnie jeszcze tam wrócę. Ale do rzeczy, biorąc pod uwagę, że już od 10 dni jestem w Stanach, czas najwyższy nadrobić zaległości.

W Meridzie zatrzymaliśmy się u Cristiny z Couchsurfingu. Mieliśmy tylko chwilę, żeby rzucić okiem na układ miasta, który to widziałem powielony w wielu miastach i miasteczkach meksykańskich, które były założone przez Hiszpanów. W centrum zawsze jest duży plac, po jednej stronie którego stoi kościół, a po drugiej zazwyczaj budynek, nazwijmy go, administracji publicznej. Od placu odchodzą ulice, krzyżujące się pod kątem prostym i dzielące przylegający do placu teren na równe kwadraty. Miasta tak zakładane mają to do siebie, że są bardzo łatwe w nawigacji. Cancun, które było zbudowane w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat jest bardzo chaotyczne. Często wzdłuż placu znajdowały się kamienice szlachty hiszpańskiej, w przypadku Meridy była to rodzina Montejo, której to przedstawiciel, Francisco de Montejo y León („el Mozo”) założył Meridę w 1542 na miejscu miasta Majów T’Hó. Zwiedziliśmy kamienicę Montejów, którzy to zamieszkiwali tę posiadłość do lat 70-tych ubiegłego wieku. Sami oceńcie na jakim poziomie żyli potomkowie konkwistadorów.

Katedra Św. Ildefonsa - pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Katedra Św. Ildefonsa – pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Sypialnia (i basenik)

Sypialnia (i basenik)

Patio

Patio

Wieczorem udaliśmy się na plac Santiago, gdzie zjedliśmy panuchos (smażona na głębokim tłuszczu tortilla z różnymi dodatkami), a później wybraliśmy sie na przejażdżkę po pasażu Montejo, wzdłuż którego znajdują się przepiękne rezydencje, w większości okupowane teraz przez banki.

Na drugi dzień Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd wzięliśmy autobus do Uxmal (Uszmal), ruin miasta Majów założonego prawdopodobnie w VI wieku, zbudowanego w stylu Puuc. Przybyliśmy rano i dopiero koło południa zaczęły się zjeżdżać autobusy z wycieczkami, więc mogliśmy się przechadzać bez konieczności przebijania się przez tłumy. Uxmal znaczy „zbudowane trzy razy”, aczkolwiek główna świątynia składa się z… pięciu różnych świątyń. Główną atrakcją jest Świątynia Czarownika, mająca 38 metrów wysokości i charakterystycznie zaokrąglone boki. Jest to główna budowla całego kompleksu, niestety nie da się na nią wspiąć. Kolejnymi budynkami robiącymi wrażenie są Pałac Gubernatora (nazwy te były nadawane przez Hiszpanów), boisko do gry w piłkę (pelote – znowu hiszpański) i kwadratowy kompleks, którego przeznaczenie nie jest znane – mogła to być świątynia albo akademia wojskowa. Miałem też okazję zabawić się w Indianę Jonesa, kiedy to zapuściliśmy się w nieuczęszczaną część kompleksu i znaleźliśmy nieodrestaurowaną świątynię – oczywiście musiałem się wspiąć (znaczy się odkryć i zdobyć 🙂 ). Na budynkach często można zobaczyć maski Chaaca (boga deszczu) i Kukulcana (boga wiatru). Był to bardzo udany dzień – wreszcie mogłem zobaczyć na własne oczy to, o czym tylko czytałem…

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

Świątynia Czarownika - stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo - oczywiście każdy klaskał :)

Świątynia Czarownika – stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo – oczywiście każdy klaskał 🙂

Maski bożków

Maski bożków

Pałać Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Pałac Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami... Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami… Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubarnatora

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubernatora

Dzień zakończył się spożywaniem mezcalu (wódka z agawy), tańcach (ja tylko patrzyłem) przy akompaniamencie pochodzących z Rosji piosenek 😦

Mezcaleria

Mezcaleria

Nazajutrz Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd udaliśmy się do Valladolid, gdzie oczekiwał nas kolejny gospodarz z CS – Tony. Ale o tym w następnym odcinku.

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , | Dodaj komentarz

O blogowaniu…

Hmm, przeczytałem dziś wpis „zawodowego blogera podróżniczego” (nie wiem nawet czy istnieje taki termin) o tym, jak pisać bloga, żeby był on atrakcyjny dla czytającego. I wszystko (podobno) sprowadza się do tego, żeby nie przynudzać… Przystanąłem na chwilę, żeby się zastanowić nad głęboką treścią tego wpisu i parę minut później wiedziałem, że właśnie straciłem parę minut mojego życia na coś, co za bardzo nie ma sensu. Myślę, że trzeba zacząć od powodu, dla którego ktoś pisze bloga. Jeśli chodzi o to, żeby przyciągnąć jak najwięcej czytelników, a co za tym idzie, zacząć nawet robić jakieś pieniądze na blogowaniu, to treść nie może być nudna. Ale jak zdefiniujemy „nudę”? Patrząc na liczbę moich stałych czytelników, można by odnieść wrażenie, że mój blog jest nudny, ale celem mojego życia (i bloga) nie jest zabawianie innych. Na blogu moim opisuję moje pasje – czytanie, historię, podróżowanie, próbowanie nowych potraw 🙂 Sprawia mi to ogromną frajdę, a fakt, że są ludzie, którzy czasem zaglądają na mój blog, jest dodatkową korzyścią. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na podróż, nie wszystkim chce się wyszukiwać artykułów na temat Polaków, którzy czegoś, gdzieś tam dokonali. I od tego, moim zdaniem, jest blog. Dać próbkę czegoś dobrego. Przeczytasz o czymś, zainteresuje Cię to, to poszukasz sobie więcej informacji, może nawet kupisz książkę. A może jakiś artykuł zainspiruje Cię do spróbowania czegoś nowego. I to jest to, co mnie m.in. napędza. Dokumentowanie mojej wyprawy (ktoś to nazwał wyprawą życia) i jednocześnie dzielenie się moimi wrażeniami. Nie pretenduję do roli najlepszego blogera w sieci, robię to, co mi sprawia przyjemność. Średnia żywotność bloga podróżniczego to 15-16 miesięcy. Ludzie zaczynają miesiąc przed, podróżują przez rok i jeszcze przez chwilę po coś dopisują. Ja patrzę na mojego bloga jak na coś bardziej trwałego, bo przecież nie trzeba jechać do Południowej Ameryki, żeby pisać o czymś interesującym. I nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby zobaczyć coś nowego, czego doskonałym przykładem jest blog mojej znajomej, Katarzyny vel Mieci: http://po-w-czasie.blogspot.co.uk/

Każdy jej wpis jest podróżą samą w sobie i przyznam się, że zazdroszczę trochę Kasi jej stylu, ale ona też pisze o tym, o czym czuje potrzebę napisania i o to chodzi w blogowaniu.

Kończę moje dywagacje na temat blogowania i zabieram się do kolejnego wpisu o podróży w Meksyku. Mam nadzieję, że nie będzie nudny 😉

Witojcie w moim zamecku, hej!  Fort San Miguel w Campeche

Witojcie w moim zamecku, hej!
Fort San Miguel w Campeche

Categories: Podróż | Tagi: , , | 2 Komentarze

Pierwsze kroki w Meksyku

Czas na pierwszy wpis z podróży (nareszcie!). Pierwszych dwanaście dni spędziłem z Marysią, koleżanką poznaną w Londynie. Dla niej to były wakacje, dla mnie początek podróży w… nieznane? Z pewnością dotychczasowe doświadczenia pokazały, że nie można sobie wszystkiego zaplanować. Jest to nie tylko inny kontynent, wszystko inne jest tak różne od tego co znamy z Europy. Począwszy od tak prostych (ale jakże cieszących) rzeczy jak pogoda, poprzez jedzenie, muzykę no i ludzi przede wszystkim.

Wylądowaliśmy w Nowy Rok w Cancun i powitał nas żar lejący się z nieba. Na lotnisku mnóstwo osób, których jedynych zadaniem jest pomaganie turystom, wszyscy mówią po angielsku – to się aż tak często nie zdarza w Meksyku. Większość przybyłych udawało się do tzw. Strefy Hotelowej, która wygląda jak typowy resort. Szereg hoteli, centra handlowe i mnóstwo europejskich i amerykańskich turystów. My mieliśmy zarezerwowany hostel w mieście (za jedyne $6 za noc) i bardzo dobrze, że tak zrobiliśmy. Na placu w pobliżu hostelu (Parque Las Palapas) trwała fiesta, ludzie tańczyli (naprawdę dobrze wywijali), jedli, dzieci biegały dookoła – głównie Meksykanie. Mnóstwo budek z jedzeniem (tacos za 15 pesos). Za poradą lokalsa spróbowaliśmy Chicharrones (świńska skórka usmażona na głębokim tłuszczu)  z kapustą, pomidorami, serem i dużą ilością pikantnej, darmowej salsy. Chwilę później zagadała do nas Leticia, Meksykanka tam mieszkająca, która dała nam mnóstwo porad odnośnie miejsc do zwiedzenia i miejsc w Cancun, gdzie można dobrze zjeść (z części porad skorzystaliśmy). Mieszkańcy Jukatanu są bardzo serdeczni, uśmiechali się, życzyli nam Szczęśliwego Nowego Roku i co ciekawe, alkoholu nie widzieliśmy.

Dzieci miały dużo radochy :) Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Dzieci miały dużo radochy 🙂 Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Szopka musi być!

Szopka musi być!

Zwiedzania w Cancun nie ma dużo, miasto służy wielu głównie za pierwszy przystanek na Jukatanie (3 miliony ludzi rocznie ląduje w Cancun). Po zwiedzeniu Mercado 28, dużego placu z pamiątkami (gdzie ze względu na moją białą skórę otrzymałem od jednego ze sprzedawców ksywkę Mr Clean 🙂 ) wzięliśmy miejscowy autobus (stary i rozklekotany) do Strefy Hotelowej, bo są tam jedyne w Cancun ruinki (El Rey) i Muzeum Majów. Pierwszy zgrzyt – wg cudownego Lonely Planet muzeum powinno być w innym miejscu… Ruinki malutkie, ale było mało osób, a lasek, w którym ruinki się znajdują jest bardzo klimatyczny. Muzeum nowoczesne, ale tylko w części opisy były po angielsku. Wieczorem spotkaliśmy się na browarka z parą Polaków poznanych na lotnisku, Mają i Szymkiem. Mają oni bardzo ciekawe pomysły na artykuły, które chcą napisać i sprzedać gazetom w Polsce – powodzenia i może do zobaczenia gdzieś na świecie!

Lokalna remiza

Lokalna remiza

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka :)

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka 🙂

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

DSCN3322

Hmm, co Däniken by powiedział? :)

Hmm, co Däniken by powiedział? 🙂

Znudzeni Cancun wsiedliśmy rankiem następnego dnia w autobus do Tulum, pierwszych poważnych ruin. Komunikacja w Meksyku odbywa się głównie za pomocą autokarów. Są różne klasy tychże. Drugą klasą podróżuje dużo Meksykanów, są tańsze, ale wciąż bardzo wygodne (więcej miejsca na nogi niż w niejednej „taniej” linii lotniczej w Europie 🙂 ), jest jednak małe „ale”. Autokary te przejeżdżają przez wszystkie najmniejsze dziury, jest to bowiem często jedyny środek transportu pomiędzy miasteczkami. Ale można przynajmniej zobaczyć, jak żyją ludzie na wsi. Autokary pierwszej klasy są droższe (do Tulum 40 peset więcej), ale jeśli już się gdzieś zatrzymują, są to większe miejscowości. Są też autokary luksusowe, taka autokarowa „business class”. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy i musi podróżować przez kilkanaście godzin, ma to sens. Warto jednak sprawdzić loty. Ja za bilet z Cancun do Mexico City zapłaciłem mniej więcej tyle samo co za autokar, a zaoszczędzę jakieś 22 godziny.

Wstęp do ruinek kosztuje 59 peset, a widoki sa przepiękne. Ruinki są malowniczo położone, otoczone z trzech stron murem (Tulum znaczy mur w języku Majów, Majowie jednak nazywali miasto Zama – Świt), z czwartej strony sąsiadują z Morzem Karaibskim koloru turkusowego. W pobliżu brzegu przebiega też rafa kolarowa, więc jest to raj dla nurkujących. Na wprost jednego z budynków (zwanego El Castillo) jest przesmyk, którym można było się przedostać przez rafę i dotrzeć do miasta. Na wieży El Castillo paliły się ognie, które wskazywały łodziom drogę. Nie są to ani bardzo duże ruiny, ani tak ładne jak np. Chichen Itza, ale ze względu na położenie, godne polecenia. Nie są one też bardzo stare, zamieszkane były od mniej więcej XIII wieku do pierwszej połowy XVI. Było sporo ludzi, przeważali Amerykanie i Rosjanie (jeden z amerykańskich turystów myślał, że iguana wygrzewająca się w słońcu jest sztuczna…) ale można było spokojnie sobie wszystko pooglądać. Pod koniec wizyty zaczęło padać, trzeba było więc kończyć wizytę. Pani sprzedająca bilety autobusowe dosyć skutecznie mnie ignorowała, obsługując Meksykanów poza kolejnością, aż w końcu po interwencji innych w kolejce i moich morderczych spojrzeniach łaskawie sprzedała bilety. W Meksyku należy uzbroić się w cierpliwość, obsługa klienta trochę przypomina tę PRL-owską, ale my, Polacy, jesteśmy na to przygotowani 🙂

Piękne okoliczności przyrody - Tulum

Piękne okoliczności przyrody – Tulum

DSCN3371

Pocztóweczka

Pocztóweczka

DSCN3384

DSCN3409

Następnego dnia pożegnaliśmy Cancun i wsiedliśmy do autokaru do Chiquili, skąd wzięliśmy prom na wyspę Holbox (olbosz). Piękna wyspa, na której można porządnie wypocząć. Poopalać się, popływać, pospacerować po plaży, popatrzeć na gwiazdy w nocy, zjeść dobrze czy spróbować kite boardingu. Wszystko to pod warunkiem, że jest ładna pogoda… Na cztery dni, padało przez trzy. Wiatr był tak mocny, że Marysia mogła zapomnieć o nauce kite boardingu. Cóż można robić, kiedy pada? Spać, czytać, siedzieć na necie, jeść, osuszyć zapasy przywiezione z Polski, potaplać się w błotku, pogadać z innymi ludźmi, wziąć udział w zajęciach organizowanych w hostelu (akro-joga, pub quiz, oglądanie filmów), pogadać z Polką pracującą w hostelu i modlić się do Kukulcana (boga wiatru) o przegnanie chmur 🙂 Jedyna pociecha w tym, że podobno kiedy dużo pada w zimie, spada ryzyko wystąpienia huraganów w lecie. A patrząc na materiały użyte do budowy większości domków, po przejściu dużego huraganu wyspę pewnie można zasiedlać od nowa. Na szczęście trafił się jeden gorący dzień i kiedy jest ładna pogoda, Holbox to prawdziwy raj.

Błotko na Holbox - uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Błotko na Holbox – uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Słoneczko :)

Słoneczko 🙂

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w... Meksyku :(

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w… Meksyku 😦

Matka Boża z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

Matka Boska z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

No cóż, wszystko co „dobre” kiedyś się kończy, więc patrząc z nadzieją w niebo, wsiedliśmy w autokar jadący do Meridy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną kanapę u Cristiny. Ale o naszych tam wyczynach w następnym wpisie 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Afrykańskiej przygody ciąg dalszy

Przyznaję, że tytuł jest trochę na wyrost, bo przecież spędziłem tylko 10 dni w Maroku 🙂 Ale nic to, jedziemy dalej!

Po wyjeździe Włochów postanowiłem ponadrabiać zaległości i ruszyć na zwiedzanie. Zacząłem od Pałacu El-Bahia (nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza blask), wybudowanego w XIX wieku. Pałac miał przyćmić inne budowle swoich czasów i muszę przyznać, że te osiem kilometrów kwadratowych ogrodów i pokoi wychodzących na przepiękne dziedzińce zrobiło na mnie duże wrażenie, ale niech zdjęcia powiedzą prawdę.

Nie chcielibyście sobie odpocząć na takim zacienionym dziedzińcu?

Nie chcielibyście sobie odpocząć na takim zacienionym dziedzińcu?

I łuczek...

I łuczek…

Moja kolejna słabość - uwielbiam duże kominki, te w szkockich zamkach na razie nie mają sobie równych

Moja kolejna słabość – uwielbiam duże kominki, te w szkockich zamkach na razie nie mają sobie równych

Zbawienny cień...

Zbawienny cień…

I kolejny łuczek...

I kolejny łuczek…

Perfekcjonizm w każdym calu.

Perfekcjonizm w każdym calu.

Wierzcie mi, że zdjęć jest więcej, ale nie chcę Was zanudzić. Po pałacu udałem się na zwiedzanie Grobowców Saadytów. Nekropolia w zasadzie powstała w drugiej połowie XVI wieku za panowania Ahmada I Zwycięzcy i grób jego oraz jego rodziny można znaleźć w mauzoleum. Grobowce były zamurowane w XVII wieku i dopiero w 1917 roku Francuzi na nowo je odkryli po przelocie samolotem.

Oczywiście nie może zabraknąć pięknych ogrodów

Oczywiście nie może zabraknąć pięknych ogrodów

Wnętrze grobowca

Wnętrze grobowca

Na zewnątrz znajdują się groby żołnierzy i służby

Na zewnątrz znajdują się groby żołnierzy i służby

I jeszcze jedno zdjątko wnętrza

I jeszcze jedno zdjątko wnętrza

Postanowiłem zobaczyć jeszcze jedno miejsce przed upragnioną sjestą w hostelu, a był to Pałac El-Badi (Nieporównywalny). Pałac wybudowany przez tego samego sułtana, który wybudował Grobowce Saadytów w drugiej połowie XVI wieku z pieniędzy uzyskanych z okupu zapłaconego przez króla Portugalii po przegranej przez niego Bitwie Trzech Króli w 1578 roku. Pałac dużo stracił ze swojej świetności, bo był w części rozebrany a pozyskane surowce zostały użyte do skonstruowania innego pałacu. Ale i tak mierzący 135 na 110 metrów dziedziniec robi wrażenie, a w pałacu podobno było 360 pokoi. Jest tam też olbrzymi basen udekorowany włoskim marmurem, a także sieć tuneli z celami. Sułtan Ahmad al-Mansur wzorował się na Alhambrze w Granadzie.

Pałac jest restaurowany, ale daleko jeszcze do końca

Pałac jest restaurowany, ale daleko jeszcze do końca

Widok na miasto, w tle Kutubija

Widok na miasto, w tle Kutubija

I widok na dziedziniec

I widok na dziedziniec

Zwiedzających można było policzyć na palcach jednej ręki, ale że były to godziny wczesnopopołudniow, żar lał się z nieba niemiłosierny

Zwiedzających można było policzyć na palcach jednej ręki, ale że były to godziny wczesnopopołudniowe, żar lał się z nieba niemiłosierny

Jedna z odrestaurowanych części pałacu, gdzie m.in. można podziwiać kazalnicę z Kutubiji, wykonaną w XI wieku w Kordobie, w dzisiejszej Hiszpanii

Jedna z odrestaurowanych części pałacu, gdzie m.in. można podziwiać kazalnicę z Kutubiji, wykonaną w XI wieku w Kordobie, w dzisiejszej Hiszpanii

I na tym zakończyło się moje zwiedzanie Marrakeszu. Miasto warte odwiedzenia, bo jest przede wszystkim zupełnie inne niż miasta europejskie, ale równie pełne historii. Próbujcie też jedzenia, słodyczy i moich ulubionych oliwek. Kuchnia dużo mówi o danym narodzie.

Następnego dnia udałem się pociągiem do Rabatu (pociągi są niedrogie, o standardzie wyższym niż nasza cudowna kolej). Spędziłem tam tylko jeden dzień, ale pojechałem odwiedzić zapoznanych Włochów a nie zwiedzać. W Rabacie można znaleźć porządny pub, gdzie, pomijając małe piwko w Marrakeszu, po raz pierwszy można było bez przeszkód kupić alkohol. Rabat jest ładnym miastem, ale tu już widać było, że Maroko było kolonią francuską, bo centrum miało bardzo europejski wygląd.

Europejski deptaczek w stolicy Maroka

Europejski deptaczek w stolicy Maroka

Powiew znad oceanu sprawiał, że po Marrakeszu było mi chłodno, było tylko niecałe 30 stopni

Powiew znad oceanu sprawiał, że po Marrakeszu było mi chłodno, było tylko niecałe 30 stopni

Cmentarz, plaża, molo, woda - marokańskie klimaty. Po raz pierwszy zanurzyłem łapki w Atlantyku. Podejrzewam, że nie ostatni :)

Cmentarz, plaża, molo, woda – marokańskie klimaty. Po raz pierwszy zanurzyłem łapki w Atlantyku. Podejrzewam, że nie ostatni 🙂

Po skończonej podróży zrobię konkurs na najładniejszy zachód słońca na świecie. Tu mamy poważnego kandydata na zwycięzcę

Po skończonej podróży zrobię konkurs na najładniejszy zachód słońca na świecie. Tu mamy poważnego kandydata na zwycięzcę

Mam teorię, że władze Rabatu zakupiły używane świąteczne światełka w jednym z europejskich miast - może w tym duńskim, gdzie muzułmańska Rada Miasta zniosła święta :)

Mam teorię, że władze Rabatu zakupiły używane świąteczne światełka w jednym z europejskich miast – może w tym duńskim, gdzie muzułmańska Rada Miasta zniosła święta 🙂

Wałęsanie po mieście zakończyliśmy gotując razem makaron po włosku, po czym udaliśmy się do wyżej wspomnianego pubu na konsumpcję winka. Rabat jest zdecydowanie mniej chaotyczny niż Marrakesz, ale to „ucywilizowanie” czyni go trochę nudnym dla mnie.

Obawiam się, że Casablanka już mi się nie zmieści dzisiaj, ale tak jak mówiłem, wrażeń miałem tam mnóstwo. Udanych przygotowań do świąt!!!

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nie w pustyni i nie w puszczy

Czas najwyższy, żeby ponadrabiać zaległości, zwłaszcza że wkrótce będę miał tyle wrażeń na codzień, że na pewno nie znajdę czasu, żeby o poprzednich wypadach napisać.

Do Maroka wybrałem się w lipcu, z zamiarem odwiedzenia przyjaciółki z liceum, która z mężem i synkiem Kamilem mieszka w Casablance. Życie napisało jednak inny scenariusz (co mi Ania do dzisiaj wypomina 😛 ) i w Casie spędziłem tylko trzy dni. Odwiedziłem Maroko w trakcie Ramadanu i to mógł być powód, dla którego nikt z CouchSurfingu nie odpowiedział na moją prośbę. Ale znalazłem miły i tani hostelik tuż przy słynnym placu Jemaa el-Fnaa. Przed przyjazdem czytałem, że w Marrakeszu o wszystko trzeba się targować, o czym przekonałem się już na lotnisku, kiedy to nowopoznane znajome walczyły jak lwice o niższą cenę za taksówkę. Nie myślcie sobie, że lubię się rozbijać taksówkami, z lotniska odjeżdża do centrum autobus, ale na przystanku nie ma rozkładu, a po 40 minutach zostałem na lotnisku ja, wspomniane Australijka i Włoszka i grupa Hiszpanów, która chyba w ogóle nie wiedziała o co chodzi. W ciągu kilku dni jednak doszedłem do takiej wprawy, że targowałem sie nawet za moich znajomych, wzbudzając powszechną irytację, bo oni chcieliby już kupić tę popielniczkę i pójść dalej 🙂 Byłem przez handlarzy nazywany Berberem, rzucano mi spojrzenia, jakbym zabierał im jedyną ukochaną córkę z domu, ale byłem twardy jak Tommy Lee Jones w Ściganym i dalej się targowałem. Jak już się domyślacie, miałem z tego wielką frajdę 🙂 Kierowca taksówki palił jednego papierosa za drugim, ale jak to wytłumaczył, z powodu Ramadanu cały dzień nie palił. Nie wiem czy przejeżdżanie na czerwonym świetle to także wina Ramadanu, ale kierowca, z fajką w ustach, uspokajał mnie wymawiając jedyne znane mu angielsku słowo, czyli OK 🙂 Z francuskiego zrozumiałem, że on tu jeździ już całe życie, ale biorąc pod uwagę jego wiek, to chyba zaczynał jeszcze na osiołku…

Jak już wspomniałem, hostelik znajduje się tuż przy wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO placu i wieczorem panuje tam cudowna atmosfera (pomimo, że każdy chce Cię na coś naciągnąć). Wieczorem rozkładają się tam dziesiątki straganów, gdzie za nieduże pieniądze można spróbować miejscowych przysmaków: szaszłyków, kuskusu czy tadżinu.

Plac Jemaa el-Fnaa wieczorem

Plac Jemaa el-Fnaa wieczorem

Na placu jest mnóstwo ludzi, którzy mogą Ci powróżyć, sprzedać coś, zakląć węża czy dać się pobawić z małpką (swoją drogą małpki te przedstawiały żałosny widok) – wszystko za opłatą oczywiście. W Marrakeszu wszystko ma swoją cenę, wskazanie drogi, zdjęcie, itd. Było to na początku bardzo irytujące, ale rozmawiałem dużo z młodymi Marokańczykami pracującymi w hostelu (Abdel i Jaouad stali się po paru dniach dobrymi znajomymi) i oni mi przedstawili zupełnie inne spojrzenie na ten temat. W Marrakeszu ludzie mogą zarobić tylko na turystyce, społeczeństwo jest biedne i nie ma żadnego systemu świadczeń (jednym z pięciu filarów Islamu jest tzw. jałmużna, więc teoretycznie muzułmanin powinien oddać część majątku biednym), więc każdy musi sobie jakoś radzić. Można kupić paczkę papierosów i sprzedawać na sztuki, albo można oferować pomoc w odnalezieniu adresu w labiryncie uliczek medyny (starego miasta). Jeśli więc ktoś poświęca 30 minut, żeby Cię gdzieś zaprowadzić, dlaczego miałbyś tylko podziękować i pójść sobie. Daj napiwek i wtedy podziękuj. Oczywiście, niektórzy są naprawdę natrętni i będą szli za Tobą, nawet jak im powiesz, że znasz drogę. Tych należy delikatnie zbyć, chociażby mówiąc: „La, shukran” (La, sziukran – nie, dziękuję po arabsku).

Nazwa jednego z targów w Marrakeszu

Nazwa jednego z targów w Marrakeszu

Miałem na Marrakesz pięć pełnych dni, więc, nauczony doświadczeniem z Wilna, postanowiłem podejść do zwiedzania na luzie. Wyluzowałem się bardziej, niż planowałem 🙂 Następnego ranka w hostelu pojawiła się grupka młodych Włochów, którzy uczyli się arabskiego w Rabacie i wpadli do Marrakeszu na weekend. Po porannej fajce pokoju postanowiliśmy pozwiedzać razem. I w ten sposób ja, Edo, Martina i Giulia staliśmy się nierozłączni na trzy dni. Najpierw wyruszyliśmy na targ (Souk). Nie muszę mówić, że dziewczyny były wniebowzięte, ja i Edo trochę mniej. Daliśmy się zaprowadzić do apteki, gdzie pan, płynnie mówiący po włosku, wyjaśnił co się odbywa w tym przybytku (rozczaruję Was, nie mówię po włosku, Edo mi troszkę tłumaczył). Po dokonaniu niezbędnych zakupów w tejże aptece, zaczęliśmy się powoli (zahaczając o różnego rodzaju sklepiki i warsztaty) przedzierać w kierunku Medrasy Ben Youssef. Ta założona w XII wieku islamska szkoła jest teraz przerobiona na muzeum i każdy zainteresowany w kulturze bądź architekturze islamskiej znajdzie tam coś dla siebie. Ja zostałem olśniony architekturą Islamu w czasie pobytu w Andaluzji prawie osiem lat temu. Jedną z charakterystycznych cech są bardzo rzadkie przedstawienia figuralne (ludzi i zwierząt), dominują ornamenty geometryczne, roślinne czy też dekoracyjne kaligrafowane pismo. Jest to jedna z tych rzeczy, które mogę długo podziwiać, mimo, że nigdy mnie nie ciągnęło do architektury.

Piękne rzeczy, tylko pamiętajcie - targujcie się! :)

Piękne rzeczy, tylko pamiętajcie – targujcie się! 🙂

W warsztatach usłyszysz wszystko o produkcji, ale napiwek albo zakup jest oczekiwany

W warsztatach usłyszysz wszystko o produkcji, ale napiwek albo zakup jest oczekiwany…

Ja poprzestałem naa napiwku, choć do twarzy mi w tym było :)

Ja poprzestałem na napiwku, choć do twarzy mi w tym było 🙂

W Muzeum Ben Youssefa

W Muzeum Ben Youssefa

DSCN2488

Naprawdę sporo czasu spędziłem w tej medresie

Naprawdę sporo czasu spędziłem w tej medresie

DSCN2448

DSCN2447

DSCN2451

Popołudnie minęło nam na sjeście w hostelu, a wieczorem razem z Włochami i poznanymi poprzedniego dnia dziewczętami zjedliśmy obiad na placu, rozkoszując się troszkę niższą temperaturą.

Wokół centrum można znaleźć mnóstwo małych biur podróży, a i w Waszym hostelu czy riadzie na pewno będą jakieś ulotki. Jest sporo ofert wycieczek jedno- lub kilkudniowych, czy to w góry Atlas, na pustynię czy do innych atrakcji. My postanowiliśmy wybrać się do doliny Ourika. Jeśli jesteście większą grupą i macie czas, warto sobie np. wynająć taksówkę. My zapłaciliśmy po 15 euro, jednak uprzedzam z góry, że to tylko transport. Nie jest wliczone żadne jedzenie, restauracja, do której Was zaprowadzą będzie droższa niż w Marrakeszu a i przewodnikowi coś się należy. Oczywiście, zanim dotarliśmy do wodospadów trzy razy zatrzymywaliśmy się a to w sklepiku, a to w wytwórni oleju. Można zostać na boczku, a można też posłuchać, popatrzeć, przymusu kupowania nie ma, ale za herbatkę napiwek by się przydał 🙂 Dotarliśmy w końcu do wodospadów i na ziemię mnie one nie powaliły, trochę jak nasz Kamieńczyk, ale miło było posiedzieć nad wodą w tym skwarze. Jak już wspomniałem, opcji wycieczkowych jest sporo, ja chciałbym jeszcze wrócić do Maroka, żeby pojechać na pustynię, powędrować po Atlasie i zwiedzić północ kraju (no i odwiedzić Anię 🙂 ).

A tak robimy olej arganowy - a teraz wszyscy po piątaku :)

A tak robimy olej arganowy – a teraz wszyscy po piątaku 🙂

Trochę wody dla ochłody w trakcie obiadku

Trochę wody dla ochłody w trakcie obiadku

Ot, i cała atrakcja...

Ot, i cała atrakcja…

Następny dzień był ostatnim dziem Włochów, wracali do Rabatu. Powłóczyliśmy się po mieście, pijąc herbatkę tu i tam, ja postanowiłem ich odwiedzić na jeden dzień w Rabacie i rozstaliśmy się (chlip, chlip). Jeśli w trakcie mojej podróży szczęście będzie mi dopisywało jeśli chodzi o poznawanych ludzi, to będzie to bardzo udana wyprawa. Korzystając z pięknego zachodu słońca wybrałem sie obejrzeć meczet Koutoubia, z wysokim na 69 metrów minaretem. Meczet znajduje się o kilka minut spacerkiem od placu i można zawsze na niego się kierować, jeśli się zgubicie. Jeśli widok meczetu wydaje Wam się znajomy, to pewnie dlatego, że na wzór Koutouby wybudowano chociażby Giraldę w Sewilli. Meczet zbudowany był w drugiej połowie XII wieku przez dynastię Almohadów i jest największym w Marrakeszu. Nazywany jest również Meczetem Sprzedawców Książek, ponieważ kiedyś ustawiali oni w pobliżu meczetu swoje stoiska, sprzedając rękopisy. Mała ciekawostka, meczet został rozebrany po wybudowaniu, ponieważ przy budowie popełniono błąd w wyliczeniach i mihrab (bogato zdobiona nisza bądź płyta) nie był skierowany w kierunku Mekki.

Meczet Koutubia o zachodzie. Te rozłożone maty służą wiernym do modlitwy

Meczet Koutubia o zachodzie. Te rozłożone maty służą wiernym do modlitwy

Cudeńko...

Cudeńko…

W następnym poście opiszę resztę wizyty w Marrakeszu, a także Rabat i może uda mi się wcisnąć Casablankę, chociaż tam się sporo działo 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: