Znowu ten Meksyk…

Autobus do Valladolid (oczywiście drugiej klasy) jechał 3,5 godziny. Nasz gospodarz z CS odebral nas z dworca i zabrał do swojej restauracji, chociaż określenie wiejska gospoda bardziej by pasowało (albo piątkowa dyskoteka w remizie). Był piątek, godzina 16, knajpa pełna w połowie, pan przygrywał smętne miłosne piosenki na klawiszach, jakaś podstarzała parka nieudolnie pląsała w pobliżu, stoliki były okupowane przez panów, którzy chyba akurat byli na przepustce z więzienia, a ich towarzyszki chyba się wzmacniały przed rozpoczęciem zmiany w najstarszym zawodzie świata… Staropolskie słowo „żulernia” doskonale pasuje do opisania tego lokalu 🙂 Niestety nie zaryzykowałem wyjęcia aparatu w tym miejscu… Czytaj dalej

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 Komentarze

Viva Mexico Cabrones!

Mam małe opóźnienie, ale nie martwcie się, aż tak dużo się nie działo 🙂 Musiałem wziąć przerwę od podróżowania i pobyczyć się na plaży – wróciłem m.in. na wyspę Holbox, ale tym razem miałem słońce przez cały tydzień. Pewnie jeszcze tam wrócę. Ale do rzeczy, biorąc pod uwagę, że już od 10 dni jestem w Stanach, czas najwyższy nadrobić zaległości.

W Meridzie zatrzymaliśmy się u Cristiny z Couchsurfingu. Mieliśmy tylko chwilę, żeby rzucić okiem na układ miasta, który to widziałem powielony w wielu miastach i miasteczkach meksykańskich, które były założone przez Hiszpanów. W centrum zawsze jest duży plac, po jednej stronie którego stoi kościół, a po drugiej zazwyczaj budynek, nazwijmy go, administracji publicznej. Od placu odchodzą ulice, krzyżujące się pod kątem prostym i dzielące przylegający do placu teren na równe kwadraty. Miasta tak zakładane mają to do siebie, że są bardzo łatwe w nawigacji. Cancun, które było zbudowane w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat jest bardzo chaotyczne. Często wzdłuż placu znajdowały się kamienice szlachty hiszpańskiej, w przypadku Meridy była to rodzina Montejo, której to przedstawiciel, Francisco de Montejo y León („el Mozo”) założył Meridę w 1542 na miejscu miasta Majów T’Hó. Zwiedziliśmy kamienicę Montejów, którzy to zamieszkiwali tę posiadłość do lat 70-tych ubiegłego wieku. Sami oceńcie na jakim poziomie żyli potomkowie konkwistadorów.

Katedra Św. Ildefonsa - pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Katedra Św. Ildefonsa – pierwsza w Nowym Świecie (pomijając basen Morza Karaibskiego)

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Casa de Montejo, zbudowana w 1549 roku

Sypialnia (i basenik)

Sypialnia (i basenik)

Patio

Patio

Wieczorem udaliśmy się na plac Santiago, gdzie zjedliśmy panuchos (smażona na głębokim tłuszczu tortilla z różnymi dodatkami), a później wybraliśmy sie na przejażdżkę po pasażu Montejo, wzdłuż którego znajdują się przepiękne rezydencje, w większości okupowane teraz przez banki.

Na drugi dzień Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd wzięliśmy autobus do Uxmal (Uszmal), ruin miasta Majów założonego prawdopodobnie w VI wieku, zbudowanego w stylu Puuc. Przybyliśmy rano i dopiero koło południa zaczęły się zjeżdżać autobusy z wycieczkami, więc mogliśmy się przechadzać bez konieczności przebijania się przez tłumy. Uxmal znaczy „zbudowane trzy razy”, aczkolwiek główna świątynia składa się z… pięciu różnych świątyń. Główną atrakcją jest Świątynia Czarownika, mająca 38 metrów wysokości i charakterystycznie zaokrąglone boki. Jest to główna budowla całego kompleksu, niestety nie da się na nią wspiąć. Kolejnymi budynkami robiącymi wrażenie są Pałac Gubernatora (nazwy te były nadawane przez Hiszpanów), boisko do gry w piłkę (pelote – znowu hiszpański) i kwadratowy kompleks, którego przeznaczenie nie jest znane – mogła to być świątynia albo akademia wojskowa. Miałem też okazję zabawić się w Indianę Jonesa, kiedy to zapuściliśmy się w nieuczęszczaną część kompleksu i znaleźliśmy nieodrestaurowaną świątynię – oczywiście musiałem się wspiąć (znaczy się odkryć i zdobyć 🙂 ). Na budynkach często można zobaczyć maski Chaaca (boga deszczu) i Kukulcana (boga wiatru). Był to bardzo udany dzień – wreszcie mogłem zobaczyć na własne oczy to, o czym tylko czytałem…

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

W tym budynku mieści się Muzeum Antropologiczne

Świątynia Czarownika - stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo - oczywiście każdy klaskał :)

Świątynia Czarownika – stojąc naprzeciwko i klaszcząc można usłyszeć echo – oczywiście każdy klaskał 🙂

Maski bożków

Maski bożków

Pałać Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Pałac Gubernatora (Królewski) z najdłuższą fasadą w Mezoameryce

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

Część budowli o, jak już wspominałem, nieznanym przeznaczeniu. W tle, po lewej Pałac Królewski

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami... Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

W piłkę grano w całej Mezoameryce. Przegrani często płacili swoimi głowami… Może nasi by lepiej w piłkę grali, gdyby groziło im skrócenie o głowę?

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

A teraz wszyscy nucimy motyw przewodni z Indiany Jonesa (podobno wyglądałem na bardzo szczęśliwego)

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubarnatora

Widok na świątynię od strony Pałacu Gubernatora

Dzień zakończył się spożywaniem mezcalu (wódka z agawy), tańcach (ja tylko patrzyłem) przy akompaniamencie pochodzących z Rosji piosenek 😦

Mezcaleria

Mezcaleria

Nazajutrz Cristina podrzuciła nas na dworzec, skąd udaliśmy się do Valladolid, gdzie oczekiwał nas kolejny gospodarz z CS – Tony. Ale o tym w następnym odcinku.

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , | Dodaj komentarz

O blogowaniu…

Hmm, przeczytałem dziś wpis „zawodowego blogera podróżniczego” (nie wiem nawet czy istnieje taki termin) o tym, jak pisać bloga, żeby był on atrakcyjny dla czytającego. I wszystko (podobno) sprowadza się do tego, żeby nie przynudzać… Przystanąłem na chwilę, żeby się zastanowić nad głęboką treścią tego wpisu i parę minut później wiedziałem, że właśnie straciłem parę minut mojego życia na coś, co za bardzo nie ma sensu. Myślę, że trzeba zacząć od powodu, dla którego ktoś pisze bloga. Jeśli chodzi o to, żeby przyciągnąć jak najwięcej czytelników, a co za tym idzie, zacząć nawet robić jakieś pieniądze na blogowaniu, to treść nie może być nudna. Ale jak zdefiniujemy „nudę”? Patrząc na liczbę moich stałych czytelników, można by odnieść wrażenie, że mój blog jest nudny, ale celem mojego życia (i bloga) nie jest zabawianie innych. Na blogu moim opisuję moje pasje – czytanie, historię, podróżowanie, próbowanie nowych potraw 🙂 Sprawia mi to ogromną frajdę, a fakt, że są ludzie, którzy czasem zaglądają na mój blog, jest dodatkową korzyścią. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na podróż, nie wszystkim chce się wyszukiwać artykułów na temat Polaków, którzy czegoś, gdzieś tam dokonali. I od tego, moim zdaniem, jest blog. Dać próbkę czegoś dobrego. Przeczytasz o czymś, zainteresuje Cię to, to poszukasz sobie więcej informacji, może nawet kupisz książkę. A może jakiś artykuł zainspiruje Cię do spróbowania czegoś nowego. I to jest to, co mnie m.in. napędza. Dokumentowanie mojej wyprawy (ktoś to nazwał wyprawą życia) i jednocześnie dzielenie się moimi wrażeniami. Nie pretenduję do roli najlepszego blogera w sieci, robię to, co mi sprawia przyjemność. Średnia żywotność bloga podróżniczego to 15-16 miesięcy. Ludzie zaczynają miesiąc przed, podróżują przez rok i jeszcze przez chwilę po coś dopisują. Ja patrzę na mojego bloga jak na coś bardziej trwałego, bo przecież nie trzeba jechać do Południowej Ameryki, żeby pisać o czymś interesującym. I nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby zobaczyć coś nowego, czego doskonałym przykładem jest blog mojej znajomej, Katarzyny vel Mieci: http://po-w-czasie.blogspot.co.uk/

Każdy jej wpis jest podróżą samą w sobie i przyznam się, że zazdroszczę trochę Kasi jej stylu, ale ona też pisze o tym, o czym czuje potrzebę napisania i o to chodzi w blogowaniu.

Kończę moje dywagacje na temat blogowania i zabieram się do kolejnego wpisu o podróży w Meksyku. Mam nadzieję, że nie będzie nudny 😉

Witojcie w moim zamecku, hej!  Fort San Miguel w Campeche

Witojcie w moim zamecku, hej!
Fort San Miguel w Campeche

Categories: Podróż | Tagi: , , | 2 Komentarze

Pierwsze kroki w Meksyku

Czas na pierwszy wpis z podróży (nareszcie!). Pierwszych dwanaście dni spędziłem z Marysią, koleżanką poznaną w Londynie. Dla niej to były wakacje, dla mnie początek podróży w… nieznane? Z pewnością dotychczasowe doświadczenia pokazały, że nie można sobie wszystkiego zaplanować. Jest to nie tylko inny kontynent, wszystko inne jest tak różne od tego co znamy z Europy. Począwszy od tak prostych (ale jakże cieszących) rzeczy jak pogoda, poprzez jedzenie, muzykę no i ludzi przede wszystkim.

Wylądowaliśmy w Nowy Rok w Cancun i powitał nas żar lejący się z nieba. Na lotnisku mnóstwo osób, których jedynych zadaniem jest pomaganie turystom, wszyscy mówią po angielsku – to się aż tak często nie zdarza w Meksyku. Większość przybyłych udawało się do tzw. Strefy Hotelowej, która wygląda jak typowy resort. Szereg hoteli, centra handlowe i mnóstwo europejskich i amerykańskich turystów. My mieliśmy zarezerwowany hostel w mieście (za jedyne $6 za noc) i bardzo dobrze, że tak zrobiliśmy. Na placu w pobliżu hostelu (Parque Las Palapas) trwała fiesta, ludzie tańczyli (naprawdę dobrze wywijali), jedli, dzieci biegały dookoła – głównie Meksykanie. Mnóstwo budek z jedzeniem (tacos za 15 pesos). Za poradą lokalsa spróbowaliśmy Chicharrones (świńska skórka usmażona na głębokim tłuszczu)  z kapustą, pomidorami, serem i dużą ilością pikantnej, darmowej salsy. Chwilę później zagadała do nas Leticia, Meksykanka tam mieszkająca, która dała nam mnóstwo porad odnośnie miejsc do zwiedzenia i miejsc w Cancun, gdzie można dobrze zjeść (z części porad skorzystaliśmy). Mieszkańcy Jukatanu są bardzo serdeczni, uśmiechali się, życzyli nam Szczęśliwego Nowego Roku i co ciekawe, alkoholu nie widzieliśmy.

Dzieci miały dużo radochy :) Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Dzieci miały dużo radochy 🙂 Oczywiście wszędzie dekoracje świąteczne, choć przyznać muszę, że śmiesznie wyglądają w takim klimacie

Szopka musi być!

Szopka musi być!

Zwiedzania w Cancun nie ma dużo, miasto służy wielu głównie za pierwszy przystanek na Jukatanie (3 miliony ludzi rocznie ląduje w Cancun). Po zwiedzeniu Mercado 28, dużego placu z pamiątkami (gdzie ze względu na moją białą skórę otrzymałem od jednego ze sprzedawców ksywkę Mr Clean 🙂 ) wzięliśmy miejscowy autobus (stary i rozklekotany) do Strefy Hotelowej, bo są tam jedyne w Cancun ruinki (El Rey) i Muzeum Majów. Pierwszy zgrzyt – wg cudownego Lonely Planet muzeum powinno być w innym miejscu… Ruinki malutkie, ale było mało osób, a lasek, w którym ruinki się znajdują jest bardzo klimatyczny. Muzeum nowoczesne, ale tylko w części opisy były po angielsku. Wieczorem spotkaliśmy się na browarka z parą Polaków poznanych na lotnisku, Mają i Szymkiem. Mają oni bardzo ciekawe pomysły na artykuły, które chcą napisać i sprzedać gazetom w Polsce – powodzenia i może do zobaczenia gdzieś na świecie!

Lokalna remiza

Lokalna remiza

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka :)

Ruinki nie powalają, ale to była dopiero rozgrzewka 🙂

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

Muzeum naprawdę warte odwiedzenia

DSCN3322

Hmm, co Däniken by powiedział? :)

Hmm, co Däniken by powiedział? 🙂

Znudzeni Cancun wsiedliśmy rankiem następnego dnia w autobus do Tulum, pierwszych poważnych ruin. Komunikacja w Meksyku odbywa się głównie za pomocą autokarów. Są różne klasy tychże. Drugą klasą podróżuje dużo Meksykanów, są tańsze, ale wciąż bardzo wygodne (więcej miejsca na nogi niż w niejednej „taniej” linii lotniczej w Europie 🙂 ), jest jednak małe „ale”. Autokary te przejeżdżają przez wszystkie najmniejsze dziury, jest to bowiem często jedyny środek transportu pomiędzy miasteczkami. Ale można przynajmniej zobaczyć, jak żyją ludzie na wsi. Autokary pierwszej klasy są droższe (do Tulum 40 peset więcej), ale jeśli już się gdzieś zatrzymują, są to większe miejscowości. Są też autokary luksusowe, taka autokarowa „business class”. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy i musi podróżować przez kilkanaście godzin, ma to sens. Warto jednak sprawdzić loty. Ja za bilet z Cancun do Mexico City zapłaciłem mniej więcej tyle samo co za autokar, a zaoszczędzę jakieś 22 godziny.

Wstęp do ruinek kosztuje 59 peset, a widoki sa przepiękne. Ruinki są malowniczo położone, otoczone z trzech stron murem (Tulum znaczy mur w języku Majów, Majowie jednak nazywali miasto Zama – Świt), z czwartej strony sąsiadują z Morzem Karaibskim koloru turkusowego. W pobliżu brzegu przebiega też rafa kolarowa, więc jest to raj dla nurkujących. Na wprost jednego z budynków (zwanego El Castillo) jest przesmyk, którym można było się przedostać przez rafę i dotrzeć do miasta. Na wieży El Castillo paliły się ognie, które wskazywały łodziom drogę. Nie są to ani bardzo duże ruiny, ani tak ładne jak np. Chichen Itza, ale ze względu na położenie, godne polecenia. Nie są one też bardzo stare, zamieszkane były od mniej więcej XIII wieku do pierwszej połowy XVI. Było sporo ludzi, przeważali Amerykanie i Rosjanie (jeden z amerykańskich turystów myślał, że iguana wygrzewająca się w słońcu jest sztuczna…) ale można było spokojnie sobie wszystko pooglądać. Pod koniec wizyty zaczęło padać, trzeba było więc kończyć wizytę. Pani sprzedająca bilety autobusowe dosyć skutecznie mnie ignorowała, obsługując Meksykanów poza kolejnością, aż w końcu po interwencji innych w kolejce i moich morderczych spojrzeniach łaskawie sprzedała bilety. W Meksyku należy uzbroić się w cierpliwość, obsługa klienta trochę przypomina tę PRL-owską, ale my, Polacy, jesteśmy na to przygotowani 🙂

Piękne okoliczności przyrody - Tulum

Piękne okoliczności przyrody – Tulum

DSCN3371

Pocztóweczka

Pocztóweczka

DSCN3384

DSCN3409

Następnego dnia pożegnaliśmy Cancun i wsiedliśmy do autokaru do Chiquili, skąd wzięliśmy prom na wyspę Holbox (olbosz). Piękna wyspa, na której można porządnie wypocząć. Poopalać się, popływać, pospacerować po plaży, popatrzeć na gwiazdy w nocy, zjeść dobrze czy spróbować kite boardingu. Wszystko to pod warunkiem, że jest ładna pogoda… Na cztery dni, padało przez trzy. Wiatr był tak mocny, że Marysia mogła zapomnieć o nauce kite boardingu. Cóż można robić, kiedy pada? Spać, czytać, siedzieć na necie, jeść, osuszyć zapasy przywiezione z Polski, potaplać się w błotku, pogadać z innymi ludźmi, wziąć udział w zajęciach organizowanych w hostelu (akro-joga, pub quiz, oglądanie filmów), pogadać z Polką pracującą w hostelu i modlić się do Kukulcana (boga wiatru) o przegnanie chmur 🙂 Jedyna pociecha w tym, że podobno kiedy dużo pada w zimie, spada ryzyko wystąpienia huraganów w lecie. A patrząc na materiały użyte do budowy większości domków, po przejściu dużego huraganu wyspę pewnie można zasiedlać od nowa. Na szczęście trafił się jeden gorący dzień i kiedy jest ładna pogoda, Holbox to prawdziwy raj.

Błotko na Holbox - uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Błotko na Holbox – uwaga, zasysa japonki (nie wiem jak z Chinkami)

Słoneczko :)

Słoneczko 🙂

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w... Meksyku :(

Zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w… Meksyku 😦

Matka Boża z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

Matka Boska z Guadalupe, jej wizerunek można zobaczyć na wielu domach w Meksyku

No cóż, wszystko co „dobre” kiedyś się kończy, więc patrząc z nadzieją w niebo, wsiedliśmy w autokar jadący do Meridy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną kanapę u Cristiny. Ale o naszych tam wyczynach w następnym wpisie 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Afrykańskiej przygody ciąg dalszy

Przyznaję, że tytuł jest trochę na wyrost, bo przecież spędziłem tylko 10 dni w Maroku 🙂 Ale nic to, jedziemy dalej!

Po wyjeździe Włochów postanowiłem ponadrabiać zaległości i ruszyć na zwiedzanie. Zacząłem od Pałacu El-Bahia (nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza blask), wybudowanego w XIX wieku. Pałac miał przyćmić inne budowle swoich czasów i muszę przyznać, że te osiem kilometrów kwadratowych ogrodów i pokoi wychodzących na przepiękne dziedzińce zrobiło na mnie duże wrażenie, ale niech zdjęcia powiedzą prawdę.

Nie chcielibyście sobie odpocząć na takim zacienionym dziedzińcu?

Nie chcielibyście sobie odpocząć na takim zacienionym dziedzińcu?

I łuczek...

I łuczek…

Moja kolejna słabość - uwielbiam duże kominki, te w szkockich zamkach na razie nie mają sobie równych

Moja kolejna słabość – uwielbiam duże kominki, te w szkockich zamkach na razie nie mają sobie równych

Zbawienny cień...

Zbawienny cień…

I kolejny łuczek...

I kolejny łuczek…

Perfekcjonizm w każdym calu.

Perfekcjonizm w każdym calu.

Wierzcie mi, że zdjęć jest więcej, ale nie chcę Was zanudzić. Po pałacu udałem się na zwiedzanie Grobowców Saadytów. Nekropolia w zasadzie powstała w drugiej połowie XVI wieku za panowania Ahmada I Zwycięzcy i grób jego oraz jego rodziny można znaleźć w mauzoleum. Grobowce były zamurowane w XVII wieku i dopiero w 1917 roku Francuzi na nowo je odkryli po przelocie samolotem.

Oczywiście nie może zabraknąć pięknych ogrodów

Oczywiście nie może zabraknąć pięknych ogrodów

Wnętrze grobowca

Wnętrze grobowca

Na zewnątrz znajdują się groby żołnierzy i służby

Na zewnątrz znajdują się groby żołnierzy i służby

I jeszcze jedno zdjątko wnętrza

I jeszcze jedno zdjątko wnętrza

Postanowiłem zobaczyć jeszcze jedno miejsce przed upragnioną sjestą w hostelu, a był to Pałac El-Badi (Nieporównywalny). Pałac wybudowany przez tego samego sułtana, który wybudował Grobowce Saadytów w drugiej połowie XVI wieku z pieniędzy uzyskanych z okupu zapłaconego przez króla Portugalii po przegranej przez niego Bitwie Trzech Króli w 1578 roku. Pałac dużo stracił ze swojej świetności, bo był w części rozebrany a pozyskane surowce zostały użyte do skonstruowania innego pałacu. Ale i tak mierzący 135 na 110 metrów dziedziniec robi wrażenie, a w pałacu podobno było 360 pokoi. Jest tam też olbrzymi basen udekorowany włoskim marmurem, a także sieć tuneli z celami. Sułtan Ahmad al-Mansur wzorował się na Alhambrze w Granadzie.

Pałac jest restaurowany, ale daleko jeszcze do końca

Pałac jest restaurowany, ale daleko jeszcze do końca

Widok na miasto, w tle Kutubija

Widok na miasto, w tle Kutubija

I widok na dziedziniec

I widok na dziedziniec

Zwiedzających można było policzyć na palcach jednej ręki, ale że były to godziny wczesnopopołudniow, żar lał się z nieba niemiłosierny

Zwiedzających można było policzyć na palcach jednej ręki, ale że były to godziny wczesnopopołudniowe, żar lał się z nieba niemiłosierny

Jedna z odrestaurowanych części pałacu, gdzie m.in. można podziwiać kazalnicę z Kutubiji, wykonaną w XI wieku w Kordobie, w dzisiejszej Hiszpanii

Jedna z odrestaurowanych części pałacu, gdzie m.in. można podziwiać kazalnicę z Kutubiji, wykonaną w XI wieku w Kordobie, w dzisiejszej Hiszpanii

I na tym zakończyło się moje zwiedzanie Marrakeszu. Miasto warte odwiedzenia, bo jest przede wszystkim zupełnie inne niż miasta europejskie, ale równie pełne historii. Próbujcie też jedzenia, słodyczy i moich ulubionych oliwek. Kuchnia dużo mówi o danym narodzie.

Następnego dnia udałem się pociągiem do Rabatu (pociągi są niedrogie, o standardzie wyższym niż nasza cudowna kolej). Spędziłem tam tylko jeden dzień, ale pojechałem odwiedzić zapoznanych Włochów a nie zwiedzać. W Rabacie można znaleźć porządny pub, gdzie, pomijając małe piwko w Marrakeszu, po raz pierwszy można było bez przeszkód kupić alkohol. Rabat jest ładnym miastem, ale tu już widać było, że Maroko było kolonią francuską, bo centrum miało bardzo europejski wygląd.

Europejski deptaczek w stolicy Maroka

Europejski deptaczek w stolicy Maroka

Powiew znad oceanu sprawiał, że po Marrakeszu było mi chłodno, było tylko niecałe 30 stopni

Powiew znad oceanu sprawiał, że po Marrakeszu było mi chłodno, było tylko niecałe 30 stopni

Cmentarz, plaża, molo, woda - marokańskie klimaty. Po raz pierwszy zanurzyłem łapki w Atlantyku. Podejrzewam, że nie ostatni :)

Cmentarz, plaża, molo, woda – marokańskie klimaty. Po raz pierwszy zanurzyłem łapki w Atlantyku. Podejrzewam, że nie ostatni 🙂

Po skończonej podróży zrobię konkurs na najładniejszy zachód słońca na świecie. Tu mamy poważnego kandydata na zwycięzcę

Po skończonej podróży zrobię konkurs na najładniejszy zachód słońca na świecie. Tu mamy poważnego kandydata na zwycięzcę

Mam teorię, że władze Rabatu zakupiły używane świąteczne światełka w jednym z europejskich miast - może w tym duńskim, gdzie muzułmańska Rada Miasta zniosła święta :)

Mam teorię, że władze Rabatu zakupiły używane świąteczne światełka w jednym z europejskich miast – może w tym duńskim, gdzie muzułmańska Rada Miasta zniosła święta 🙂

Wałęsanie po mieście zakończyliśmy gotując razem makaron po włosku, po czym udaliśmy się do wyżej wspomnianego pubu na konsumpcję winka. Rabat jest zdecydowanie mniej chaotyczny niż Marrakesz, ale to „ucywilizowanie” czyni go trochę nudnym dla mnie.

Obawiam się, że Casablanka już mi się nie zmieści dzisiaj, ale tak jak mówiłem, wrażeń miałem tam mnóstwo. Udanych przygotowań do świąt!!!

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nie w pustyni i nie w puszczy

Czas najwyższy, żeby ponadrabiać zaległości, zwłaszcza że wkrótce będę miał tyle wrażeń na codzień, że na pewno nie znajdę czasu, żeby o poprzednich wypadach napisać.

Do Maroka wybrałem się w lipcu, z zamiarem odwiedzenia przyjaciółki z liceum, która z mężem i synkiem Kamilem mieszka w Casablance. Życie napisało jednak inny scenariusz (co mi Ania do dzisiaj wypomina 😛 ) i w Casie spędziłem tylko trzy dni. Odwiedziłem Maroko w trakcie Ramadanu i to mógł być powód, dla którego nikt z CouchSurfingu nie odpowiedział na moją prośbę. Ale znalazłem miły i tani hostelik tuż przy słynnym placu Jemaa el-Fnaa. Przed przyjazdem czytałem, że w Marrakeszu o wszystko trzeba się targować, o czym przekonałem się już na lotnisku, kiedy to nowopoznane znajome walczyły jak lwice o niższą cenę za taksówkę. Nie myślcie sobie, że lubię się rozbijać taksówkami, z lotniska odjeżdża do centrum autobus, ale na przystanku nie ma rozkładu, a po 40 minutach zostałem na lotnisku ja, wspomniane Australijka i Włoszka i grupa Hiszpanów, która chyba w ogóle nie wiedziała o co chodzi. W ciągu kilku dni jednak doszedłem do takiej wprawy, że targowałem sie nawet za moich znajomych, wzbudzając powszechną irytację, bo oni chcieliby już kupić tę popielniczkę i pójść dalej 🙂 Byłem przez handlarzy nazywany Berberem, rzucano mi spojrzenia, jakbym zabierał im jedyną ukochaną córkę z domu, ale byłem twardy jak Tommy Lee Jones w Ściganym i dalej się targowałem. Jak już się domyślacie, miałem z tego wielką frajdę 🙂 Kierowca taksówki palił jednego papierosa za drugim, ale jak to wytłumaczył, z powodu Ramadanu cały dzień nie palił. Nie wiem czy przejeżdżanie na czerwonym świetle to także wina Ramadanu, ale kierowca, z fajką w ustach, uspokajał mnie wymawiając jedyne znane mu angielsku słowo, czyli OK 🙂 Z francuskiego zrozumiałem, że on tu jeździ już całe życie, ale biorąc pod uwagę jego wiek, to chyba zaczynał jeszcze na osiołku…

Jak już wspomniałem, hostelik znajduje się tuż przy wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO placu i wieczorem panuje tam cudowna atmosfera (pomimo, że każdy chce Cię na coś naciągnąć). Wieczorem rozkładają się tam dziesiątki straganów, gdzie za nieduże pieniądze można spróbować miejscowych przysmaków: szaszłyków, kuskusu czy tadżinu.

Plac Jemaa el-Fnaa wieczorem

Plac Jemaa el-Fnaa wieczorem

Na placu jest mnóstwo ludzi, którzy mogą Ci powróżyć, sprzedać coś, zakląć węża czy dać się pobawić z małpką (swoją drogą małpki te przedstawiały żałosny widok) – wszystko za opłatą oczywiście. W Marrakeszu wszystko ma swoją cenę, wskazanie drogi, zdjęcie, itd. Było to na początku bardzo irytujące, ale rozmawiałem dużo z młodymi Marokańczykami pracującymi w hostelu (Abdel i Jaouad stali się po paru dniach dobrymi znajomymi) i oni mi przedstawili zupełnie inne spojrzenie na ten temat. W Marrakeszu ludzie mogą zarobić tylko na turystyce, społeczeństwo jest biedne i nie ma żadnego systemu świadczeń (jednym z pięciu filarów Islamu jest tzw. jałmużna, więc teoretycznie muzułmanin powinien oddać część majątku biednym), więc każdy musi sobie jakoś radzić. Można kupić paczkę papierosów i sprzedawać na sztuki, albo można oferować pomoc w odnalezieniu adresu w labiryncie uliczek medyny (starego miasta). Jeśli więc ktoś poświęca 30 minut, żeby Cię gdzieś zaprowadzić, dlaczego miałbyś tylko podziękować i pójść sobie. Daj napiwek i wtedy podziękuj. Oczywiście, niektórzy są naprawdę natrętni i będą szli za Tobą, nawet jak im powiesz, że znasz drogę. Tych należy delikatnie zbyć, chociażby mówiąc: „La, shukran” (La, sziukran – nie, dziękuję po arabsku).

Nazwa jednego z targów w Marrakeszu

Nazwa jednego z targów w Marrakeszu

Miałem na Marrakesz pięć pełnych dni, więc, nauczony doświadczeniem z Wilna, postanowiłem podejść do zwiedzania na luzie. Wyluzowałem się bardziej, niż planowałem 🙂 Następnego ranka w hostelu pojawiła się grupka młodych Włochów, którzy uczyli się arabskiego w Rabacie i wpadli do Marrakeszu na weekend. Po porannej fajce pokoju postanowiliśmy pozwiedzać razem. I w ten sposób ja, Edo, Martina i Giulia staliśmy się nierozłączni na trzy dni. Najpierw wyruszyliśmy na targ (Souk). Nie muszę mówić, że dziewczyny były wniebowzięte, ja i Edo trochę mniej. Daliśmy się zaprowadzić do apteki, gdzie pan, płynnie mówiący po włosku, wyjaśnił co się odbywa w tym przybytku (rozczaruję Was, nie mówię po włosku, Edo mi troszkę tłumaczył). Po dokonaniu niezbędnych zakupów w tejże aptece, zaczęliśmy się powoli (zahaczając o różnego rodzaju sklepiki i warsztaty) przedzierać w kierunku Medrasy Ben Youssef. Ta założona w XII wieku islamska szkoła jest teraz przerobiona na muzeum i każdy zainteresowany w kulturze bądź architekturze islamskiej znajdzie tam coś dla siebie. Ja zostałem olśniony architekturą Islamu w czasie pobytu w Andaluzji prawie osiem lat temu. Jedną z charakterystycznych cech są bardzo rzadkie przedstawienia figuralne (ludzi i zwierząt), dominują ornamenty geometryczne, roślinne czy też dekoracyjne kaligrafowane pismo. Jest to jedna z tych rzeczy, które mogę długo podziwiać, mimo, że nigdy mnie nie ciągnęło do architektury.

Piękne rzeczy, tylko pamiętajcie - targujcie się! :)

Piękne rzeczy, tylko pamiętajcie – targujcie się! 🙂

W warsztatach usłyszysz wszystko o produkcji, ale napiwek albo zakup jest oczekiwany

W warsztatach usłyszysz wszystko o produkcji, ale napiwek albo zakup jest oczekiwany…

Ja poprzestałem naa napiwku, choć do twarzy mi w tym było :)

Ja poprzestałem na napiwku, choć do twarzy mi w tym było 🙂

W Muzeum Ben Youssefa

W Muzeum Ben Youssefa

DSCN2488

Naprawdę sporo czasu spędziłem w tej medresie

Naprawdę sporo czasu spędziłem w tej medresie

DSCN2448

DSCN2447

DSCN2451

Popołudnie minęło nam na sjeście w hostelu, a wieczorem razem z Włochami i poznanymi poprzedniego dnia dziewczętami zjedliśmy obiad na placu, rozkoszując się troszkę niższą temperaturą.

Wokół centrum można znaleźć mnóstwo małych biur podróży, a i w Waszym hostelu czy riadzie na pewno będą jakieś ulotki. Jest sporo ofert wycieczek jedno- lub kilkudniowych, czy to w góry Atlas, na pustynię czy do innych atrakcji. My postanowiliśmy wybrać się do doliny Ourika. Jeśli jesteście większą grupą i macie czas, warto sobie np. wynająć taksówkę. My zapłaciliśmy po 15 euro, jednak uprzedzam z góry, że to tylko transport. Nie jest wliczone żadne jedzenie, restauracja, do której Was zaprowadzą będzie droższa niż w Marrakeszu a i przewodnikowi coś się należy. Oczywiście, zanim dotarliśmy do wodospadów trzy razy zatrzymywaliśmy się a to w sklepiku, a to w wytwórni oleju. Można zostać na boczku, a można też posłuchać, popatrzeć, przymusu kupowania nie ma, ale za herbatkę napiwek by się przydał 🙂 Dotarliśmy w końcu do wodospadów i na ziemię mnie one nie powaliły, trochę jak nasz Kamieńczyk, ale miło było posiedzieć nad wodą w tym skwarze. Jak już wspomniałem, opcji wycieczkowych jest sporo, ja chciałbym jeszcze wrócić do Maroka, żeby pojechać na pustynię, powędrować po Atlasie i zwiedzić północ kraju (no i odwiedzić Anię 🙂 ).

A tak robimy olej arganowy - a teraz wszyscy po piątaku :)

A tak robimy olej arganowy – a teraz wszyscy po piątaku 🙂

Trochę wody dla ochłody w trakcie obiadku

Trochę wody dla ochłody w trakcie obiadku

Ot, i cała atrakcja...

Ot, i cała atrakcja…

Następny dzień był ostatnim dziem Włochów, wracali do Rabatu. Powłóczyliśmy się po mieście, pijąc herbatkę tu i tam, ja postanowiłem ich odwiedzić na jeden dzień w Rabacie i rozstaliśmy się (chlip, chlip). Jeśli w trakcie mojej podróży szczęście będzie mi dopisywało jeśli chodzi o poznawanych ludzi, to będzie to bardzo udana wyprawa. Korzystając z pięknego zachodu słońca wybrałem sie obejrzeć meczet Koutoubia, z wysokim na 69 metrów minaretem. Meczet znajduje się o kilka minut spacerkiem od placu i można zawsze na niego się kierować, jeśli się zgubicie. Jeśli widok meczetu wydaje Wam się znajomy, to pewnie dlatego, że na wzór Koutouby wybudowano chociażby Giraldę w Sewilli. Meczet zbudowany był w drugiej połowie XII wieku przez dynastię Almohadów i jest największym w Marrakeszu. Nazywany jest również Meczetem Sprzedawców Książek, ponieważ kiedyś ustawiali oni w pobliżu meczetu swoje stoiska, sprzedając rękopisy. Mała ciekawostka, meczet został rozebrany po wybudowaniu, ponieważ przy budowie popełniono błąd w wyliczeniach i mihrab (bogato zdobiona nisza bądź płyta) nie był skierowany w kierunku Mekki.

Meczet Koutubia o zachodzie. Te rozłożone maty służą wiernym do modlitwy

Meczet Koutubia o zachodzie. Te rozłożone maty służą wiernym do modlitwy

Cudeńko...

Cudeńko…

W następnym poście opiszę resztę wizyty w Marrakeszu, a także Rabat i może uda mi się wcisnąć Casablankę, chociaż tam się sporo działo 🙂

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z wizytą w Kownie i Trokach

Czas zakończyć litewską przygodę, choć chciałbym jeszcze kiedyś wrócić na Litwę, bo parę miejsc z powodu braku czasu ominąłem. Dziś czas na Kowno i Troki.

Kowno jest drugim pod względem liczby mieszkańców miastem litewskim i słynie głównie z tego, że w okresie międzywojennym pełniło funkcję stolicy kraju, jako że za sprawą gen. Żeligowskiego Wilno zostało przyłączone do Polski. Zatrzymałem się u bardzo miłej pary z CS, Tautvydasa i Ireny i jak to Tautvydas sam stwierdził, gdyby nie wspomniany wyżej fakt, Kowno do dzisiaj byłoby miasteczkiem, a tak, z racji pełnionej funkcji, pewne inwestycje musiały być poczynione. Na mnie Kowno zrobiło wrażenie miasta trochę prowincjalnego, mimo, że dało się słyszeć zagranicznych turystów. Nie zabrakło również wycieczek z Polski.

Przybyłem do Kowna w piątek popołudniu i razem z Tautvydasem wybraliśmy się do knajpki z fajnym wystrojem. Z racji oddalenia od centrum byli tam tylko miejscowi. Klimat przypominał mi trochę wrocławskie Niebo sprzed lat. Kilka słów powiem o moich poszukiwaniach mieszkania moich gospodarzy. Znajduje się ono w blokach, które tak jak wileńskie proszą się o remont. Spytałem o adres miejscowych panów pod sklepem monopolowym, wskazali poprawnie po czym usłyszałem pytanie: „You – America?” 🙂 Powiedziałem, że jestem z Polski i potem się zastanawiałem czy dobrze zrobiłem. Ach te stereotypy. Panowie umilali nam czas do późna puszczając rosyjskie disco. Bardzo fajne klimaciki 🙂

Jako, że Tautvydas musiał w sobotę popracować a Irena dopiero wieczorem wracała z Wilna, wybrałem się na zwiedzanie. Kowno można spokojnie zwiedzić w jeden dzień. Poniżej kilka fotek.

Kościół Garnizonowy

Kościół Garnizonowy

Pamiętam tak wyglądające kina z dzieciństwa

Pamiętam tak wyglądające kina z dzieciństwa

Jak mi powiedział Tautvydas, z tego budynku widać było Syberię - mieściła się tu siedziba KGB :)

Jak mi powiedział Tautvydas, z tego budynku widać było Syberię – mieściła się tu siedziba KGB 🙂

Przyznam się bez bicia, że najbardziej ostrzyłem sobie ząbki na Muzeum Wojny, które, pomimo przedstawiania litewskiej wersji historii, mnie nie rozczarowało. Mnóstwo eksponatów, obrazów i poczet Wielkich Książąt Litewskich i Polskich Królów (obrazy były w tej kolejności podpisane). Był też wrak samolotu Lituanica, na którym Steponas Darius i Stasys Girenas przelecieli Atlantyk w 1933 roku, rozbijając się niestety jakieś 650 km od Kowna. Piloci ci cieszyli i cieszą się na Litwie sławą większą niż u nas Żwirko i Wigura. Niestety opłata za robienie zdjęć w Muzeum była kilkakrotnie wyższa niż cena biletu (rzecz u nas już chyba nie praktykowana), więc stwierdziłem, że dla zasady dam sobie spokój. Nie omieszkałem też tego skrytykować na karteczce z sugestiami dla dyrekcji.

Grób Nieznanego Żołnierza przy Muzeum Wojny

Grób Nieznanego Żołnierza przy Muzeum Wojny

Wpadłem też na chwilkę do byłego Pałacu Prezydenckiego, w którym jest teraz urządzone muzeum. Budyneczek nie prezentuje się bardzo okazale z zewnątrz, ale wnętrza całkiem przyjemnie były udekorowane.

Pałac Prezydencki z zewnątrz

Pałac Prezydencki z zewnątrz

I rzut okiem na wnętrze

I rzut okiem na wnętrze

Do rynku wiedzie Aleja Wolności, przy której 15 maja 1972 roku Romas Kalanta dokonał samospalenia w proteście przeciwko okupacji przez ZSRR. Przyznać się muszę, że w trakcie wizyty na Litwie sporo się dowiedziałem o jej najnowszej historii, o oporze w trakcie II Wojny Światowej i w trakcie okupacji ZSRR, a także o odzyskaniu niepodległości w 1990 roku. Litwini to zwyczajni ludzie, mający silne poczucie przynależności narodowej i mimo, że są bardzo wyczuleni na naszą wspólną historię, bardzo mile tam spędziłem czas. I tego właśnie powinny uczyć podróże – wyzbywania się uprzedzeń i stawania się bardziej tolerancyjnym. Aczkolwiek odniosłem wrażenie, że Litwini, których poznałem w Anglii, są mniej tolerancyjni od swoich rodaków mieszkających na Litwie.

W sobotę wieczorem moi gospodarze zabrali mnie na spotkanie ze swoimi znajomymi, którzy przyprowadzili swoich gości z Couchsurfingu, więc odbyło się nieformalne, międzynarodowe spotkanie na trawce, przy piwku. I poza jednym Ślązakiem, który bardzo chciał uchodzić za Niemca, ludzie byli bardzo mili.

W niedzielę włóczyłem się jeszcze po mieście, jako że oboje gospodarze musieli popracować trochę. Ryneczek prezentuje się bardzo dobrze, z małym ale ładnym ratuszem, w pobliżu którego zamieszkiwał Adam Mickiewicz w czasie, kiedy pracował w Kownie jako nauczyciel. Nie odpuściłem sobie wizyty na zamku, wybudowanym przez Krzyżaków pod koniec XIV-go wieku. I była to wizyta rozczarowująca, bo poza basztą nie ma tam za wiele do oglądania. Ale byłem świadkiem przenoszenia panny młodej przez mostek w pobliżu zamku i podejrzewam, że zwyczaj ten cieszy się popularnością w zależności od… wagi panny młodej 🙂

Ratusz

Ratusz

"Zamek" w Kownie

„Zamek” w Kownie

Chorągwie krzyżackie zdobyte przez Litwinów pod Grunwaldem

Chorągwie krzyżackie zdobyte przez Litwinów pod Grunwaldem

Dodam tylko, że w okolicy Dworca Głównego unosi się z browaru Volfas Engelman zapach warzonego piwa :), który umila wędrówkę po mieście.

Browarek :)

Browarek 🙂

Po powrocie do Wilna, gdzie znowu zatrzymałem się u Renaty z CS i zaliczeniu karmelowego piwa, postanowiłem zwiedzić Troki. Znajdują się one w odległości około godziny jazdy autobusem od Wilna.

Troki, choć malutkie (liczą około 5500 mieszkańców, z czego około 21% to Polacy), mają wiele do zaoferowania. Są tam dwa zamki, tzw. lądowy, znajdujący się na półwyspie i drugi (zbudowany przez Witolda, dzisiaj pięknie zrekonstruowany), znajdujący się na małej wysepce. Zamek ten od 1408r. był główną rezydencją wielkich książąt litewskich. Wzdłuż głównej ulicy w Trokach rzuca się w oczy charakterystyczna zabudowa karaimska. Karaimowie, sprowadzeni na Litwę przez Witolda, to lud prawdopodobnie pochodzenia semickiego, z osobną religią wywodzącą się z judaizmu. Grupa ta liczy około 30 tysięcy wyznawców i jest rozrzucona po całym świecie. Główna różnica między Karaimami a Żydami polega na tym, że ci pierwsi odrzucają władzę rabinów i Talmud, opierając się na Biblii, a w szczególności na Pięcioksiągu Mojżeszowym. Charakterystyczna w drewnianych chatach karaimskich jest ściana frontowa, która zwykle ma trzy okna: jedno dla Boga, drugie dla Witolda, trzecie dla domowników. Budowa Muzeum Karaimskiego (niestety zamknięte, kiedy ja tam byłem) rozpoczęta została przez państwo polskie w 1938 roku. Na półwyspie znajduje się ufundowany przez Witolda kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, który słynie z obrazu Matki Boskiej Trockiej (drugiego w Rzeczypospolitej, po Matce Boskiej Częstochowskiej, ukoronowanego przez papieża), Patronki Litwy, który corocznie jest miejscem uroczystych obchodów ku jej czci. Przed trockim obrazem Matki Bożej Pocieszenia modlili się m.in.: Stefan Czarniecki, król Jan Kazimierz, Jan III Sobieski.

Tzw. zamek lądowy

Tzw. zamek lądowy

Zamek na wyspie

Zamek na wyspie

Zamek "wysoki"

Zamek „wysoki”

Dziedziniec zamku wysokiego

Dziedziniec zamku wysokiego

Ulica Karaimska w Trokach

Ulica Karaimska w Trokach

Kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

Kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny

I tak dobiegła końca moja wędrówka po Litwie, ale jak już wspomniałem, z pewnością wrócę, żeby zobaczyć resztę kraju.

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Polskie cmentarze w Wilnie

Dzień po moich wędrówkach po Wilnie, postanowiłem się wybrać na cmentarz na Rossie, gdzie pochowana jest urna zawierająca serce Marszałka Piłsudskiego (grób Marszałka znajduje sie na Wawelu, o czym pisałem tutaj). Miałem takie zakwasy, że starcy z balkonikami mnie wyprzedzali, ale zacisnąłem zęby i żółwim tempem dotarłem do cmentarza. Urna pochowana jest we wspólnym grobie z matką Marszałka, Marią z Billewiczów Piłsudską. Na grobie napisane jest tylko MATKA I SERCE SYNA oraz dwa cytaty ze Słowackiego. Mauzoleum z sercem Marszałka postawione jest pośrodku małego polskiego cmentarza wojskowego, gdzie pochowani są żołnierze polegli w 1919, 1920, 1939 i w 1944 roku. Życzeniem Marszałka było, by serce jego pochowane było wśród jego żołnierzy. Cmentarz wojskowy dobrze się prezentuje, aczkolwiek na niektórych nagrobkach nazwiska były już mało czytelne. Niektóre nagrobki są postrzelane, ale nie udało mi się dowiedzieć czy nastąpiło to w trakcie Operacji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku (oswobodzenie Wilna przez AK i wystąpienie, zgodnie z planem „Burza”, w charakterze gospodarza).

Mauzoleum z sercem Marszałka Piłsudskiego

Mauzoleum z sercem Marszałka Piłsudskiego

Żołnierskie groby. Widać wyraźnie uszkodzenia nagrobków

Żołnierskie groby. Widać wyraźnie uszkodzenia nagrobków

Cmentarz na Rossie prezentuje się trochę gorzej, mnóstwo nagrobków jest zaniedbanych i wręcz trzeba wytyczać nowe ścieżki, żeby do nich dotrzeć, lecz nie zapominajmy, że jest to bardzo stary cmentarz, bo założony w 1769 roku. A chodzenie po cmentarzach to moje małe „zboczenie”, lubię czytać nazwiska na nagrobkach, dowiadywać się ile lat żyli, czym się zajmowali. Ze słynniejszych postaci na cmentarzu spoczywają m.in. Joachim Lelewel (historyk, nauczyciel Adama Mickiewicza), Rafał Radziwiłłowicz (lekarz, psychiatra, szwagier Stefana Żeromskiego i pierwowzór doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”), Adam Piłsudski (brat Marszałka, senator, wiceprezydent Wilna), Antoni Wiwulski (architekt, rzeźbiarz, autor Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie i Trzech Krzyży w Wilnie), Maria Piłsudska (pierwsza żona Marszałka), Euzebiusz Słowacki (ojciec Juliusza Słowackiego) oraz wielu profesorów i wykładowców Uniwersytetu Stefana Batorego (założonego w 1579 roku) i innych wybitnych Polaków i Litwinów.

Nagrobek "doktora Judyma"

Nagrobek „doktora Judyma”

Nagrobek Adama Piłsudskiego, brata Marszałka

Nagrobek Adama Piłsudskiego, brata Marszałka

Nagrobek Joachima Lelewela

Nagrobek Joachima Lelewela

Czarny Anioł z Rossy - wizytówka cmentarza

Czarny Anioł z Rossy – wizytówka cmentarza

Po powrocie z Kowna (opis wizyty wkrótce) wybrałem się na Cmentarz Bernardyński w Wilnie. Cmentarz ten prezentuje się o wiele lepiej niż Rossa i duża w tym zasługa ś.p. Andrzeja Przewoźnika, który był sekretarzem generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Dzięki Radzie ponad 150 nagrobków zostało odrestaurowanych.

Tablica przy wejściu na Cmentarz Bernardyński

Tablica przy wejściu na Cmentarz Bernardyński

Przodkowie Kuby? :)

Przodkowie Kuby? 🙂

Cmentarz ten jest trochę młodszy od Rossy, albowiem założony został w roku 1810. Spoczywa na nim wielu wybitnych polskich i litewskich naukowców i artystów, można również znaleźć groby powstańców z 1863r. i żołnierzy z 1919r. To było naprawdę dziwne uczucie, przechadzać się wśród polskich grobów w mieście, które już polskie nie jest. Ale nie bójcie się, nie będę nawoływał do odbioru Wilna 🙂

Groby żołnierzy z 1919 roku

Groby żołnierzy z 1919 roku

Grób uczetnika Powstania Styczniowego

Grób uczestnika Powstania Styczniowego

Po wizycie na cmentarzu postanowiłem dokończyć listę zabytków i wstąpiłem do katedry (pełna nazwa: Bazylika archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława w Wilnie), miejsca pochówku wielkich książąt litewskich i jednocześnie królów Polski. Katedra robi piękne wrażenie z zewnątrz, ale w środku wydała mi się trochę surowa, ale to moja opinia. Pierwsza świątynia na tym miejscu została prawdopodobnie wzniesiona już w drugiej połowie XIII wieku.

Katedra

Katedra

Wnętrze katedry

Wnętrze katedry

Po katedrze wpadłem jeszcze do polskiego kościoła św. Ducha na chwilkę. Z zewnątrz kościół wydaje się wciśnięty pomiędzy budynki, ale w środku naprawdę ładnie się prezentuje. Ale ocenę obu kościołów pozostawiam Wam, moi drodzy czytelnicy.

Wnętrze kościoła św. Ducha

Wnętrze kościoła św. Ducha

Jedna z tablic pamiątkowych wiszących w kościele

Jedna z tablic pamiątkowych wiszących w kościele

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , | 4 Komentarze

Pogadanki wileńskie, część druga

Czas na ciąg dalszy wędrówki po Wilnie. W czasie mojego „maratonu” w pierwszy dzień udało mi się sporo zobaczyć. Mimo, że niewierzący, zawsze z wielką ochotą zwiedzam kościoły, przyciąga i urzeka mnie spokój i cisza panujące w środku. Pierwszym zabytkiem była bazylika Św. Piotra i Pawła na Antokolu (dzielnica Wilna). Pierwszy drewniany kościół na tym miejscu zbudowany był za panowania Władysława Jagiełły, spłonął pod koniec XVI wieku, a odbudowany dotrwał tylko do 1655r. kiedy to ponownie został zniszczony, tym razem przez Rosjan. Budowę w dzisiejszej postaci rozpoczęto w 1668 roku a zakończono w 1684 roku, a fundatorem był hetman wielki litewski Michał Kazimierz Pac. Z ciekawostek zasługujących na wzmiankę jest kryształowy żyrandol w kształcie łodzi (jest pamiątką zatonięcia podczas transportu ołtarza głównego o kryształowych kolumnach zamówionego przez Paca we Włoszech) oraz umieszczony w kruchcie wielki bęben litewski (litaur) przywieziony przez hetmana Paca spod Chocimia po bitwie w 1673r. (tego niestety nie widziałem, bo w czasie pobytu nie wiedziałem o nim, bo na pewno znalazłbym sposób, żeby go zobaczyć). Wnętrze naprawdę robi wrażenie, polecam również obejście bazyliki dookoła, bo pełno tam (zresztą jak w całym Wilnie) polskich śladów. W latach 1951-1989 kościół pełnił funkcję galerii obrazów, ale to często spotykana sytuacja na Litwie, że kościoły w czasach komunistycznych były wykorzystywane jako np. magazyny.

Bazylika Św. Piotra i Pawła na Antokolu

Bazylika Św. Piotra i Pawła na Antokolu

Wnętrze bazyliki ze wspomnianych żyrandolem w kształcie łodzi

Wnętrze bazyliki ze wspomnianych żyrandolem w kształcie łodzi

Polski "ślad" na murze bazyliki

Polski „ślad” na murze bazyliki

Następnym przystankiem było Muzeum Adama Mickiewicza, znajdujące się w domu, w którym nasz wieszcz mieszkał i tworzył. Do muzeum udało mi się dotrzeć przed dużą wycieczką z Polski, z którą to później się „ścigałem” do kolejnych zabytków 🙂 Kolejny dowód na to, że można sobie wszystko samemu zorganizować i zobaczy się dokładnie to samo co na zorganizowanej wycieczce, bez konieczności bycia przepędzanym z miejsca na miejsce. Ale każdy zwiedza jak mu pasuje.

Tablica nad wejściem do Muzeum

Tablica nad wejściem do Muzeum

Panowie w muzeum (z cudownym akcentem wileńskim) zapytali czy jestem sam (chyba jednak regułą są grupy), na co ja odpowiedziałem, że tak, ale że nie tracę nadziei 🙂 Ostrzegli mnie, że gdybym wybierał litewską dziewczynę, to mam brać lżejszą, bo, zgodnie z litewskim zwyczajem, trzeba pannę młodą przenieść przez most (co zresztą widziałem koło zamku w Kownie) 😀

Będąc w tym samym czasie co polska wycieczka, mimochodem słuchałem pana przewodnika, opowiadającego różne ciekawostki z życia naszego wieszcza (w domu tym m.in. napisał „Grażynę”). Gorąco polecam Muzeum, bo wstęp nie jest drogi, a można dowiedzieć się czegoś nowego. Muzem nie jest bardzo duże, więc się nie zanudzicie.

Maska pośmiertna Adama Mickiewicza

Maska pośmiertna Adama Mickiewicza

Przy tym biurku i na tym krześle Mickiewicz tworzył w Wilnie

Przy tym biurku i na tym krześle Mickiewicz tworzył w Wilnie

Oryginalna tablica z początku XX wieku

Oryginalna tablica z początku XX wieku

Po drodze do obrazu Panny Świętej, co „…w Ostrej Bramie Świecisz…” zajrzałem do przepięknego kościoła św. Anny, który to tak przypadł do gustu Napoleonowi, że żałował, że nie może go przenieść do Paryża. Ufundowany przez Aleksandra Jagiellończyka na przełomie XV i XVI wieku jako kaplica przy klasztorze bernardynów, kościół był kilkakrotnie odbudowywany po pożarach. Przepiękne wnętrze zatrzymało mnie na chwilę (aż do nadejścia polskiej wycieczki :)). Tuż obok kościoła znajduje się pomnik Adama Mickiewicza.

Kościół św. Anny (po lewej) a w głębi kościół św. Franciszka i św. Bernarda

Kościół św. Anny (po lewej) a w głębi kościół św. Franciszka i św. Bernarda

Wnętrze kościoła św. Anny

Wnętrze kościoła św. Anny

Wnętrze kościoła św. Franciszka i Bernarda

Wnętrze kościoła św. Franciszka i Bernarda

Pomnik Adama Mickiewicza

Pomnik Adama Mickiewicza

W końcu nadszedł czas na Ostrą Bramę. Pani Wala z Muzeum Sikorskiego ciągle powtarza, że ona modli się tylko do Panny Ostrobramskiej 🙂 Odniosłem dziwne wrażenie, że Matka Boska Ostrobramska znajduje się bliżej ludzi niż Częstochowska. Nie ma dzikich tłumów jak na Jasnej Górze, ludzie przechodząc klękają i żegnają się znakiem krzyża. Można podejść do obrazu na bardzo bliską odległość, czułem się trochę onieśmielony stojąc przy obrazie, ale chwilę zadumy zrujnowało nadejście sandałowców w skarpetach…

Ostra Brama

Ostra Brama

Obraz z bliska

Obraz z bliska

Krótki spacerek dzieli Ostrą Bramę od kościoła św. Kazimierza. Cudownie odnowiona fasada i bogate wnętrze sprawiły, że zamyśliłem się na chwilę nad dawną potęgą Rzeczypospolitej, kiedy to arystokracja miała pieniądze i chęci, żeby fundować takie arcydzieła. Kościół zbudowany w pierwszej połowie XVII wieku spłonął w czasie najazdu rosyjskiego w 1655r. Pożar jeszcze dwukrotnie niszczył kościół. Wojska napoleońskie urządziły w nim skład zboża, a od 1839 do 1917 roku kościół był zamieniony na prawosławny. Od 1963 roku znajdowało się tam… Muzeum Ateizmu (przykład radzieckiego poczucia humoru). W 1991r. obszerna krypta z początku XVII wieku została odkryta pod ołtarzem głównym. Zobaczyć w niej można interesujące czarne i ciemnoniebieskie rysunki, formujące ukrzyżowanie i zmartwychstanie Jezusa, Maryję Dziewicę, a także modlących sie mnichów. Rysunkom tym towarzyszą podobnie wykonane napisy po łacinie.

Kościół św. Kazimierza

Kościół św. Kazimierza

Wnętrze

Wnętrze

Rysunek Jezusa w krypcie

Rysunek Jezusa w krypcie

Na tym skończyło sie moje zwiedzanie w ten dzień, musiałem biec na spotkanie z moim gospoodarzem z CS. Renata zabrała mnie na pyszny litewski obiad, zupa grzybowa w chlebku i cepeliny – kluski wypełnione farszem mięsnym ze skwarkami (nazwa wzięła się z podobieństwa tych klusek w wyglądzie do sterowców Zeppelin). Na zakończenie dnia, po pysznym piwku niepasteryzowanym, Renata pokazała mi Pałac Prezydencki od strony chyba mało popularnej wśród turystów.

Pałac Prezydencki - widok od tyłu

Pałac Prezydencki – widok od tyłu

Był to bardzo intensywny dzień, pokonałem pieszo 25 kilometrów i nogi niemalże odmówiły mi posłuszeństwa na drugi dzień. Kolejny odcinek eskapady wileńskiej już wkrótce.

Bibliografia:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kościół_św._Anny_w_Wilnie

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kościół_św._Piotra_i_Pawła_na_Antokolu_w_Wilnie

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

70-ta rocznica katastrofy gibraltarskiej

Mam takie zaległości, że chyba będę musiał wziąć parę dni wolnego, żeby nadrobić. Parę słów powiem dzisiaj o bankiecie w Ambasadzie z okazji 70-tej rocznicy śmierci generała Sikorskiego. Miałem mały dylemat, w co się ubrać, zwłaszcza że w związku ze zbliżającym się wyjazdem postanowiłem powykańczać ubrania i nie kupować nowych, no ale jakoś trzeba było się zaprezentować, więc odżałowałem na nową marynarkę i buty 🙂

Cała impreza składała się z kilku części, m.in. z serii odczytów, z których za najciekawszy uznałem odczyt p. Andrzeja Suchcitza o dokumentach, które zostały wydobyte z wraku samolotu po katastrofie gibraltarskiej. Dokumenty te można zobaczyć na czasowej wystawie w Muzeum Sikorskiego. Gorąco zapraszam, bo są to eksponaty nie udostępniane na co dzień. Poniżej przedstawiam parę zdjęć zrobionych w zeszły piątek w Muzeum.

Oprócz referatów mieliśmy przyjemność wysłuchania koncertu w wykonaniu Szymona Komasy (baryton) i Julii Samojło (fortepian). Program zawierał utwory z repertuaru Paderewskiego, Karłowicza, Chopina i Moniuszki. Na zakończenie nastąpiło pozaprogramowe wykonanie Czerwonych Maków, które to wykonanie wzruszyło wielu uczestników, skromną osobę piszącego wliczając.

Było obecnych parę osób związanych z Muzeum Sikorskiego, wliczając w to dwóch młodych (czytaj w moim wieku 🙂 ) oprowadzających, którzy to przychodzą tylko w soboty, tak więc nie miałem jeszcze przyjemności ich poznać. Oprócz tego dosyć licznie była reprezentowana grupa weteranów, włączając w to paru weteranów 2-go Korpusu.

Po części artystycznej przyszła pora na strawę dla ciała – pyszne jedzenie i lampkę wina. Część ta upłynęła mi na bardzo ciekawych rozmowach m.in. z panem Wacławem, szefem oprowadzających, który to „konspiracyjnym” szeptem objaśniał mi funkcje co ważniejszych osób oraz ploteczki z nimi związane 🙂

Ogólnie czułem się wyróżniony zaproszeniem i poczułem, że coś dobrego robię udzielając się w Muzeum i pisząc tego bloga. Mam nadzieję, że i moi Drodzy Czytelnicy znajdują przyjemność w czytaniu bloga. I zabieram się do dalszych wpisów z Litwy, bo jeszcze coś o Maroku przydałoby się napisać, a we wrześniu kraj ojczysty, gdzie też zawsze się dużo dzieje 🙂

Widok ogólny na ekspozycję

Widok ogólny na ekspozycję

Wieko trumny, w której generał został przewieziony z Gibraltaru. Banderą u dołu trumna była przykryta, a wieko spoczywa na fladze państwowej, na której widac jeszcze plamę po kwiatach postawionych przez Panią Helenę Sikorską

Wieko trumny, w której generał został przewieziony z Gibraltaru na pokładzie ORP Orkan. Banderą u dołu trumna była przykryta, a wieko spoczywa na fladze państwowej, na której widać jeszcze plamę po kwiatach postawionych przez Panią Helenę Sikorską

Srebrna papierośnica generała Sikorskiego

Srebrna papierośnica generała Sikorskiego

Przedmioty wyłowione z wraku, m.in. but generała i niewypełnione dyplomy nadania Virtuti Militari

Przedmioty wyłowione z wraku, m.in. but generała i niewypełnione dyplomy nadania Virtuti Militari

Rachunek hotelowy z Egiptu

Rachunek hotelowy z Egiptu

Categories: Różności | Tagi: , , , , , | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: