Karnawał w Nowym Orleanie

Kalendarzowa wiosna już się zaczęła, Wielkanoc tuż za rogiem, a ja wrócę jeszcze do karnawału. Kilka lat temu miałem olbrzymią przyjemność odwiedzenia Nowego Orleanu. Miasto samo w sobie jest bardzo interesujące, ale wizyta w trakcie karnawału dodała smaczku.

DSCN4402

Rzeka Missisipi i parowiec Natchez, którym można popłynąć w górę rzeki.

Do Nowego Orleanu przybyłem z Dallas słynnym Greyhoundem (podróż autokarem Greyhound i pociągiem Amtrak były na mojej amerykańskiej „bucket list” – powiodło się w obu przypadkach), z krótkim postojem w Baton Rouge, stolicy stanu Luizjana.

grey

Mój Greyhound był odrobinę nowszy 😉

Nowy Orlean ma kilka nazw wśród miejscowych:

NOLA – skrót od New Orleans, Louisiana

The Crescent City – od zabudowy miasta, która musiała podążać wzdłuż brzegów Missisipi – w kształcie półksiężyca

The Big Easy – są dwie wersje tej nazwy, jedna mówi, że łatwo było znaleźć pracę muzykom, a druga, że łatwo było kupić… alkohol, w czasie prohibicji 😀

Mimo że spędziłem tylko kilka dni w tym mieście, wiedziałem od razu, że będę musiał wrócić, bo ani wszystkiego nie zobaczyłem, a i w mieście poczułem się bardzo swobodnie. Złożyła się na to historia miasta, założonego przez Francuzów w 1718, rządzonego później przez Hiszpanów, aby w 1803 być odsprzedanym wraz z całą Luizjaną Amerykanom przez Napoleona, który ją odzyskał na krótko przed transakcją. Rządy francuskie i hiszpańskie najbardziej wpłynęły na urok miasta i to jak się w nim czułem. NOLA to cudowna mieszanka stylów – możesz napić się kawy w lokalu, który wystrojem przypomina coffee shop w londyńskim Hackney, przejść się na Plaza de Armas, która wyglądem przypomina place z pozostałych miast założonych przez Hiszpanów w tzw. Nowym Świecie, a potem powłóczyć się po Francuskiej Dzielnicy, której budynki momentami bardziej przypominają te z wysp karaibskich. A to wszystko przy akompaniamencie jazzu i bluesu, granego praktycznie na każdym rogu. Do tego dodać należy Mardi Gras, w trakcie którego przybyłem – karnawał z ulicznymi paradami, którego kulminacja przypada na naszego „śledzika” – wtorek przed Środą Popielcową. Ale pozwólcie, że Was zabiorę na krótki spacer po Big Easy.

DSCN4396

Musiałem oczywiście zawitać na Bourbon Street.

DSCN4404

Tablice jak ta na zdjęciu, opisujące historię miasta, znajdują się na wielu budynkach.

DSCN4407

Plac Jacksona – triumfatora w bitwie pod Nowym Orleanem w 1815 i późniejszego prezydenta USA, autora ustawy o usunięciu Indian. Plac ten był centralnym miejscem we francuskim i hiszpańskim Nowym Orleanie.

DSCN4400

Typowy dom w Dzielnicy Francuskiej – wiele budynków jest przystrojonych na Mardi Gras.

DSCN4408

Budynek Muzeum Stanowego – wygląda bardzo europejsko.

DSCN4416

Często czułem się na jak na planie filmowym, ale to są prawdziwe budynki.

DSCN4424

Zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale ani aparat nie był dobrej jakości, ani pogoda nie rozpieszczała. No i ja też byłem troszkę podekscytowany.

Zawsze ważnym punktem programu dla mnie są muzea w każdym nowym miejscu, które odwiedzam. Nie inaczej było w Nowym Orleanie. Wybór padł na dwa z nich: Muzeum Stanowe Luizjany i Muzeum Narodowe II wojny światowej.

Muzeum Stanowe mieści się w Cabildo, dawnym ratuszu i rezydencji gubernatora i skupia się na historii Nowego Orleanu i Luizjany.

DSCN4540

Kiedy Amerykanie zakupili Luizjanę w 1803, nie do końca zdawali sobie sprawę, jak rozległe są to tereny. Dopiero wyprawa Lewisa i Clarke’a w latach 1804-06 rzuciła trochę światła na nowy nabytek.

DSCN4529

Historia regionu jest opowiedziana począwszy od rdzennych Amerykanów…

DSCN4552

poprzez historię niewolnictwa…

DSCN4550

i tę bardziej „kulturalną” część.

DSCN4531

Jest coś dla miłośników militariów.

DSCN4544

I coś dla miłośników historii powszechnej, jak ta pośmiertna maska Napoleona.

DSCN4562

Nie mogło oczywiście zabraknąć sali poświęconej historii rock and rolla.

Muzeum, poza tym, że znajduje się w pięknym budynku, jest naprawdę godnym polecenia. Tłumów w środku nie było, a miałem okazję zapoznania się z jakże bogatą historią i obyczajami Nowego Orleanu. Zdecydowanie wrócę do tego muzeum następnym razem.

Drugim muzeum odwiedzonym przeze mnie było Narodowe Muzeum II wojny światowej (żadnej niespodzianki w tym wyborze nie ma 😉 )

Ktoś może zapytać – po co muzeum poświęcone II wojnie światowej w takim mieście jak Nowy Orlean??? Cóż, NOLA był siedzibą Higgins Industries, a Andrew Higgins był człowiekiem, który zaprojektował barkę desantową (LCVP), dzięki której lądowanie w Normandii było troszkę łatwiejszym zadaniem. Ponad 20 tysięcy tych barek zostało zbudowanych w czasie wojny, a sam Eisenhower powiedział, że bez Andrew Higginsa nie udałoby się wygrać wojny, tak więc 6 czerwca 2000 otwarto muzeum.

DSCN4503

Modele łodzi zaprojektowanych i budowanych przez Higgins Industries. W muzeum znajduje się również egzemplarz barki desantowej, takiej samej jak w „Szeregowcu Ryanie” 😉

DSCN4485

Można znaleźć kilka „smakołyków” w muzeum…

DSCN4507

DSCN4511

DSCN4500

Nie obyło się bez odrobiny wojennej propagandy…

Ogólnie rzecz biorąc, Muzeum nie rozczarowuje – spędziłem w nim miłe chwile. Można zobaczyć eksponaty, których w polskich muzeach nie zobaczymy. Moim skromnym zdaniem, Muzeum nie dorównuje poziomem Imperial War Museum w Londynie (no i do IWM wejdziemy za darmo, a w NOLA trzeba zapłacić), ale powinno znaleźć się na liście życzeń każdego zainteresowanego II wojną światową.

Ale głównym powodem, dla którego wiele osób przybywa do Big Easy jest Mardi Gras. Mardi Gras to nic innego jak wtorek przed Środą Popielcową, ale w Nowym Orleanie zamienia się to w małe szaleństwo, jakieś dwa tygodnie przed końcem karnawału, z kulminacją na 5 dni przed Popielcem. Szaleństwo to przejawia się w paradach ulicznych, organizowanych przez specjalne kluby, zwane krewes. Mardi Gras jest obchodzone w NOLA prawdopodobnie od założenia miasta, a najstarszy krewe został założony w… 1856 roku. Zadaniem krewes jest organizowanie parad, które przechodzą ulicami NOLA, z członkami klubów na pływakach (ang. floats) – poruszających się platformach – rozdającymi sznury paciorków i zabawki. Krewes mają różne nazwy i co za tym idzie, stroje i zwyczaje, ale wszystko rozbija się o dobrą zabawę – reklamy, w jakiejkolwiek formie, są zakazane na platformach.

Jak już wspomniałem, najlepsza zabawa i parady zaczynają się na 5 dni przed Popielcem, ja niestety nie mogłem aż tak długo zostać w Nowym Orleanie, ale udało mi się zobaczyć kilka parad. Paciorki i zabawki rzucane są w kierunku najbardziej entuzjastycznych widzów – ja zebrałem tylko cztery sznury i jedną zabawkę (którą oddałem jakiemuś dziecku), tak więc chyba mój entuzjazm dla ulicznych parad nie był zbyt wysoki. Powiedziałbym, mocna jedynka na skali od 1 do 10…

DSCN4516

Moje paciorki.

DSCN4436

Parada…

DSCN4444

DSCN4455

DSCN4477

DSCN4520

Mniejsze parady odbywają się również w czasie dnia, w Dzielnicy Francuskiej.

Można spokojnie spędzić kilka dni w tym mieście, włócząc się po centrum, popijając kawę w stylowych wnętrzach, obserwując mini-parady, zajadając się smakołykami kuchni cajun czy kuchni kreolskiej. A skoro o jedzeniu mowa, to zasmakowałem w kanapkach po’ boy (skrócona nazwa poor boy – biedny chłopiec). W bułce podobnej do bagietki serwowana jest albo rozpływająca się w ustach pieczeń wołowa, raki albo krewetki. Do tego majonez, sałata, pomidory, ostry sosik – pychotka!

DSCN4515

Po’ boy z wołowiną.

Jeśli już mowa o jedzeniu, to krótko wspomnę o kuchni cajun i kreolskiej. Luizjana i Nowy Orlean są tzw. tyglem narodów. Od dawna mieszały się tu wpływy francuskie, hiszpańskie, angielskie, karaibskie i zachodnioafrykańskie. Odzwierciedlenie ma to w kuchni. Kuchnia cajun to tzw. kuchnia chłopska, gdzie zazwyczaj w jednym garnku gotowane jest mięso (zazwyczaj wieprzowina), ryby czy owoce morza, w drugim ryż, a w trzecim warzywa. Kuchnia kreolska jest troszkę bardziej wysublimowana i więcej czerpie z kuchni francuskiej. Co nadaje wyjątkowości kuchni luizjańskiej, to szalona wręcz mieszanka przypraw – oprócz liścia laurowego czy ziela angielskiego mamy ostrą paprykę, goździki czy miętę. Jednym z lepszym przykładem mieszania się wpływów jest jambalaya – danie oparte na hiszpańskiej paelli, ale z dodatkiem lokalnych przypraw.

jam

Jambalaya

Jest też parę polskich śladów w Nowym Orleanie. Jeśli nie słyszeliście o Rudolfie Modrzejewskim, największym amerykańskim budowniczym mostów, zwanym w USA Ralphem Modjeskim, to możecie o nim przeczytać tutaj. W Nowym Orleanie znajduje się most drogowo-kolejowy Huey P. Long bridge, zbudowany w 1935 roku przez Modrzejewskiego. W 2016 została tam odsłonięta tablica upamiętniająca naszego rodaka.

huey

Most Huey P. Long na rzece Missisipi

Drugi polski ślad związany jest z intrygującą religią voodoo, która przybyła do Nowego Orleanu z Haiti i zachodniej Afryki. Jak zapewne pamiętacie, w 1802 polscy legioniści zostali wysłani przez Napoleona na Haiti, aby stłumić tam antyfrancuskie powstanie. Część zdezerterowała i została na Haiti, część trafiła do Stanów Zjednoczonych. Przywieźli oni ze sobą kult Czarnej Madonny z Częstochowy. Wyznawcy voodoo uosabiają Czarną Madonnę z Erzulie Dantor – haitańską boginią płodności, piękna oraz miłości.

I to tyle z Nowego Orleanu. W mieście tym jestem zakochany i mam zamiar jeszcze tam wrócić, bo lista rzeczy do zobaczenia i zrobienia jest długa, m.in. wizyta na tamtejszych cmentarzach.

Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: