Nairobi

No i dotarliśmy do Nairobi. Miasto ma ponad trzy miliony mieszkańców a nazwa się wzięła od wodopoju zwanego po masajsku Enkare Nairobi – miejsce chłodnej wody. Miasto założone stosunkowo niedawno bo w 1899 roku jako stacja pomiędzy Mombasą a Kampalą. Już w 1905 stało się stolicą brytyjskiego protektoratu oraz destynacją turystyczną, bo stąd wyruszali ludzie na safari i polowania. Po uzyskaniu niepodległości Nairobi zaczęło się szybko rozrastać i jest dzisiaj miastem kontrastów, obok ogrodzonych dzielnic jak Karen znajdziemy też drugie największe slumsy miejskie w Afryce – Kiberę. My jednak nie mieliśmy czasu na porządne poznanie miasta. Na lotnisku zostaliśmy odebrani przez kierowcę o imieniu Kwach… który zabrał nas do mojej znajomej Gosi, która pracowała w Nairobi dla Interhealth, międzynarodowej organizacji charytatywnej. Załapaliśmy się na końcówkę eventu charytatywnego i co ważniejsze, jeszcze serwowali jedzenie a ja nigdy nie odmawiam darmowego jedzenia 😉

Po wszystkim zabraliśmy się do mieszkanka Gosi w Lavington, w małym ogrodzonym kompleksie. Wieczorem wybraliśmy się do etiopskiej restauracji, aczkolwiek nigdy byście tego nie zgadnęli stojąc na zewnątrz. Restauracja jest otoczona wysokim murem, przy bramie stali poważnie wyglądający strażnicy i nie, to nie było ekskluzywne miejsce. Taka jest smutna rzeczywistość, że bogaci muszą się odgradzać wysokim murem od reszty społeczeństwa… Był to mój pierwszy raz w etiopskiej restauracji i muszę powiedzieć, że indżera, etiopski chleb ze sfermentowanego ciasta o kwaśnym smaku, nie zostanie zaliczony do moich ulubionych. Jako że jedzenie etiopskie jest zazwyczaj  serwowane na tym chlebie, popsuło mi to całe doświadczenie kulinarne ale mieliśmy czas nadrobić zaległości z Gosią a to był główny powód wizyty. Następnego dnia Gosia poszła do pracy a my ruszyliśmy z Kwachem na podbój atrakcji turystycznych.

Zaczęliśmy od Sierocińca i Ośrodka Rehabilitacyjnego dla słoni im. Davida Sheldricka. Fundacja została założona w 1977 przez wdowę po Davidzie Sheldricku, Damę (tytuł MBE nadany przez królową) Daphne Sheldrick. Ona to, jako pierwsza opracowała formułę mleka dla młodych słoni i nosorożców oraz metodę opieki nad nimi. Do ośrodka trafiają osierocone słoniki, których matki często padają łupem kłusowników. Po odchowaniu młode słonie są wypuszczane w Parku Narodowym Tsavo, gdzie dołączają do dziko żyjących słoni. Od założenia ośrodka udało się wypuścić na wolność około 150 słoni. Ośrodek można odwiedzić między 11 a 12 kiedy to maluchy są karmione i pławią się w błotku. Płaci się kilka groszy za wstęp ale pieniążki idą na szczytny cel. A ile radochy daje obserwowanie słoników!

DSC02106

„Czy ktoś powiedział jedzenie?!?” Słoniki truchtem biegły w stronę opiekunów

DSC02109

Jedzonko! Pełnia szczęścia…

DSC02080

Po mleczku czas na obgryzanie gałązek

DSC02097

Udało mi się pogłaskać malucha – cieplutki i włochaty 🙂

Po słonikach przyszedł czas na żyrafy. Pojechaliśmy do Centrum Żyraf zajmującego się ochroną i szerzeniem wiedzy o żyrafach Rothschilda. Centrum zostało założone w 1979 roku przez Jocka i Betty Leslie-Melville. Zasmuceni trudną sytuacją tego gatunku żyraf, postanowili pomóc. Głównymi adresatami Centrum są kenijskie dzieci i młodzież szkolna. W centrum można posłuchać mini-wykładu, pójść na mały trek i poobserwować ptaki a także nakarmić żyrafy. Oczywiście polecieliśmy na platformę do karmienia, wzięliśmy po garści specjalnych chrupków i zaczęliśmy karmić żyrafy.

DSC02152

Żyrafy dosłownie jadły Matyldzie z ręki

IMG_2512

Mi zresztą też 🙂

Wstęp kosztuje około 10 dolarów i pieniążki te są potrzebne w Centrum. Dojazd może być kłopotliwy, ale jest kilka atrakcji w okolicy, więc może wynajem samochodu z kierowcą albo taksówki nie jest złym pomysłem. Pamiętajcie, żeby się targować!

Czas na trzecią atrakcję – muzeum Karen Blixen! Muzeum znajduje się w starym domu Karen. Dzielnica znajdująca się przy muzeum nazywa się Karen i została tak nazwana na cześć baronowej Blixen. Kiedy jeździliśmy po dzielni, zauważyliśmy sporo dużych posiadłości, oczywiście ogrodzonych wysokimi murami. Farma mająca około 6000 akrów została zakupiona przez Brora Blixena w 1913. To tu na 600 akrach małżonkowie kontynuowali uprawę kawy, którą zapoczątkował pod nazwą Swedo-African Coffee Company poprzedni właściciel, Szwed Åke Sjögren. Nowa firma działała pod szyldem Karen Coffee Company (firma nazwana imieniem kuzynki baronowej, której ojciec był głównym udziałowcem firmy). Mężowi Karen szybko praca na roli i monogamia się znudziły. Po separacji przyszedł czas na rozwód (1925). Już wcześniej baronowa zapoznała myśliwego Denysa Fincha Hattona (ach ten Robert Redford w filmie ;)), znajomość która to rozwinęła się w romans. Między 1926 a 1931 Denys używał domu jako swojej bazy wypadowej na safari. Potem przyszedł kryzys ekonomiczny, ceny kawy spadły i Karen musiała sprzedać wszystko co miała. W 1931 Denys rozbił się swoim samolotem i zginął razem ze swoim służącym. W tym samym roku Karen wróciła do Danii gdzie kontynuowała z pisaniem. W 1934 opublikowała jako Isak Dinesen „Siedem Niesamowitych Opowieści” a w 1937 „Pożegnanie z Afryką”. Kontynuowała jako pisarka aż do swojej śmierci w 1962 roku. Kilka jej prac zostało wydanych pośmiertnie. Kilkakrotnie Karen Blixen była kandydatką do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

karen

To moje ulubione zdjęcie Karen, zrobione około 1918r. na safari

Ale wróćmy do muzeum. Budynek został zakupiony przez rząd duński w 1964 roku i podarowany rządowi kenijskiemu z okazji uzyskania niepodleglości. Urządzono tam college. Kiedy nakręcono „Pożegnanie z Afryką” w 1985r. postanowiono otworzyć tam muzeum. Udało się odzyskać część oryginalnych mebli, uzupełniono muzeum o eksponaty użyte w filmie i w 1986 roku otwarto muzeum dla publiczności. Muzeum otwarte jest codziennie, zostaniecie oprowadzeni przez przewodników, których wiedza jest imponująca. Można też w sklepiku zakupić pamiątki i rękodzieła. Zdjęć niestety nie można robić w środku ale spokojnie można pstryknąć fotkę domu czy urządzeń rolniczych przy domu. Wizyta w muzeum zrobiła na mnie ogromne wrażenie, aż sam byłem tym faktem zdziwiony – uwielbiam film i ścieżkę dźwiękową, przeczytałem książkę ale takiej reakcji się po sobie nie spodziewałem.

DSC02155

Front domu Karen

DSC02159

Pozostałość plantacji – okaz Coffea arabica

DSC02163

Traktor Karen.

ngong

„Miałam farmę w Afryce u stóp gór Ngong”

Z żalem opuszczałem to miejsce, ale jeśli zawitam jeszcze kiedyś do Nairobi to na pewno odwiedzę muzeum ponownie. Nasz kierowca, Kwach, zaczął mówić o jakiejś fabryce koralików. Ja na to, że żadnych koralików nie będę oglądał. No i wylądowaliśmy w fabryce koralików Kazuri. Zostaliśmy oprowadzeni, wszystko zostało nam ładnie wytłumaczone i już nie żałowałem, że nas „uprowadzono” do tego miejsca. Kazuri znaczy w suahili „małe i piękne”, a fabryka została założona przez Susan Wood w 1975 roku i na początku zatrudniała dwie kobiety, które były w niekorzystnej sytuacji życiowej. Susan szybko się zorientowała, że takich kobiet jest więcej – samotnych matek, ofiar przemocy domowej i w miarę jak biznes się rozwijał, Susan zatrudniała więcej pań. W 1988 zatrudnionych było już 120 pań i panów, wyrabiających przedmioty z gliny wydobywanej z okolic góry Kenia. Na dzień dzisiejszy zatrudnionych jest ponad 300 osób, na miejscu działa klinika, z której pracownicy i ich rodziny mogą korzystać a wyroby są sprzedawane w ponad 20 krajach. W trakcie wycieczki natrafiliśmy na modlitwę, w której brali udział wszyscy pracujący i do której również zostaliśmy zaproszeni.

DSC02171

Jedna z pierwszych pań zatrudnionych przy wyrobie koralików

DSC02179

Nie tylko koraliki są wyrabiane 🙂

IMG_4659

A ja już od ponad roku piję kawusię w tym kubeczku, prosto z Kazuri

Fabryka należy do Sprawiedliwego Handlu (Fair Trade), który w uproszczeniu stawia ludzi ponad zyskiem. Wizyta ta dała mi do myślenia, bo mimo iż wiem jak bardzo Fair Trade jest korzystne dla małych farmerów kawy, nigdy nie widziałem takiego przedsięwzięcia na własne oczy.

DSC02181

Po męczącym dniu udaliśmy się na zasłużony, lekki posiłek do Karen Blixen Coffee Garden, który mieści się w dawnym domku myśliwskim.

Wieczór spędziliśmy z Gosią i był to nasz ostatni dzień w Afryce. Rano przyjechał po nas Kwach (spóźniony jak zwykle ;)) i pojechaliśmy na lotnisko. Przy wjeździe na lotnisko zobaczyliśmy stojącą przy drodze zebrę, zaskakujące, biorąc pod uwagę jak duże jest miasto. System sprawdzania bagaży na lotnisku Jomo Kenyatta International (nazwanego na cześć pierwszego prezydenta niepodległej Kenii) jest… dziwny. Wszystkie bagaże prześwietlane są praktycznie w wejściu do terminala co skutkuje w olbrzymiej kolejce na zewnątrz budynku. To chyba ze względu na zagrożenie terrorystyczne, ale gdybym miał bombę to bym ją użył na zewnątrz terminala bo i tak wszyscy tam stali, ściśnięci jak sardynki. Byliśmy pewni, że spóźnimy się na lot, bo kolejka posuwała się bardzo powoli. Kontrolę paszportową przeszliśmy już po godzinie odlotu. Samolot wyleciał opóźniony o dwie godziny, ale wszystkich chyba zabrał. Przez Stanbuł lecieliśmy do Göteborga, na ślub kuzyna Matyldy. Pole, pole, hakuna matata!

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: