Czas pożegnać Masajów

Ostatnim punktem programu przed powrotem do Aruszy była ceremonia zamknięcia projektu. Niestety w ten sam dzień odbywał się pogrzeb, na który udała się znaczna liczba mieszkańców ale i tak sporo osób przybyło na naszą „imprezkę”, wliczając Starszyznę i lokalnego polityka. Ceremonia odbyła się w pobliżu drzewa uznawanego przez Masajów za święte. Jest to odmiana figowca (ficus natalensis), nazywana lokalnie mutuba (ciekawostka – z drzewa tego pozyskiwana jest kora, z której wyrabia się tkaninę, często noszoną przez Bugandczyków i często z wizerunkiem króla Bugandy – kabaki. A na dwór kabaki Daudi Chwa Drugiego trafił… Tomek Wilmowski wraz z przyjaciółmi. Nie mogłem się powstrzymać 😉 ).

kabaka

A tak wyglądał kabaka, mniej więcej w tym czasie kiedy Tomek odwiedził Bugandę

Pod drzewem tym modlą się masajskie kobiety, które nie mogą zajść w ciążę. Za zgodą Rady Starszych drzewo to (nazywane Oreteti le-Emboreet) zostało zamienione przez dzieci i młodzież w 2006 roku w Miejsce Spotkań Dzieci (Childrens’ Meeting Place).

DSC01951

Oreteti le-Emboreet

Każdy z nas dostał krzesło i zasiedliśmy wraz z politykiem i liderami masajskimi. Tym razem mieliśmy bardzo dobrego tłumacza, który z angielskiego tłumaczył na suahili, dorzucając czasem coś w języku masajskim. Jak już wcześniej wspomniałem, Masajowie uwielbiają przemowy. Zaczęło się od polityka, który podziękował za projekt po czym szybko zaczął wymieniać potrzeby ludności w jego okręgu wyborczym. Po jego wystąpieniu usłyszeliśmy krótkie przemowy tradycyjnych liderów i w końcu przyszła kolej na nasze mowy. Do tej pory zawsze miałem moją mowę na końcu, ale tłumacz stwierdził, że skoro jestem jedynym mężczyzną w grupie, to powinienem zacząć. Zaproszenie do przemowy złapało mnie trochę z opuszczoną gardą, ale musiałem się szybko pozbierać.

DSC01940

Kompania szwedzka słucha pilnie przemówienia, a ja latałem dookoła z aparatem, prawie jak Tony Halik 😉

DSC01959

Nie mogło zabraknąć podarunków

DSC01955

Humory dopisywały – to jest jedno z moich ulubionych zdjęć z Afryki

Zazwyczaj mowa jest krótka, ale jako że była okazja, postanowiłem „dać czadu”. Myślę, że nikt nie spodziewał się wiele po mojej mowie, no bo o czym ja mogłem mówić? Zacząłem od tego, że był to mój pierwszy raz wśród Masajów, ale że z pewnością wrócę i że wszyscy sprawili, że czułem się tam bardzo komfortowo. Dodałem, że zauważyłem, że potrzeby ludzi tam mieszkających są duże i że chciałbym im jakoś pomóc. Następnie opowiedziałem im o Polsce, kraju dla nich egzotycznym, który jednak sporo im zawdzięcza. Zauważyłem poruszenie wśród słuchaczy… Powiedziałem, że 70 lat temu na ziemie Masajów przybyły tysiące polskich kobiet i dzieci, że pobyt tutaj to był dla nich prawdziwy raj w porównaniu z tym, co przeżyły na Syberii i w drodze do Afryki, opowiedziałem o Tengeru i innych obozach, a także o tysiącach dzieci i wnuków tychże wygnańców, którzy mieszkają rozsiani po całym świecie, a którzy na zawsze będą wdzięczni, że ich rodziny miały spokojną przystań, choćby na kilka lat. Oczywiście Polacy byli w Afryce pod opieką brytyjską, ale w wielu wspomnieniach przewijają się pozytywne myśli odnośnie ludności lokalnej, która też inaczej się do naszych rodaków niż do Brytyjczyków odnosiła. Powiedziałem, że współpracuję z organizacją Kresy-Syberia i że powiem ludziom tam zrzeszonym, że tak jak nasi ojcowie i dziadkowie potrzebowali pomocy kilkadziesiąt lat temu tak teraz Masajowie potrzebują pomocy. Jako że żadnej władzy nie mam, nie mogłem nic słuchającym obiecać, ale to co powiedziałem sprawiło, że dostałem ogromne brawa. Chyba sam byłem najbardziej zaskoczony, bo tak naprawdę te kilka dni w Afryce były dla mnie tak olbrzymim ładunkiem pozytywnej energii, że mówiąc z głębi serca chyba udało mi się poruszyć serca innych…

DSC02002

Często miałem wrażenie, że tłumacz musiał sporo dodawać od siebie. Później, przy posiłku przyznał, że musiał szerzej tłumaczyć pewne rzeczy, zwłaszcza te odnośnie Polski, ale jako że odwiedził Tengeru i słyszał o polskich uchodźcach, było mu łatwiej.

Po mojej kwiecistej mowie przemawiały kobiety, ale muszę powiedzieć, że aż takiego wrażenia ich mowy nie zrobiły 😀

Po zakończonej ceremonii udaliśmy się do pobliskiej bomy na poczęstunek i miałem okazję spróbować wolno pieczonej nad ogniem kozy, lokalnego przysmaku. Przyznam, że mięso było całkiem smaczne, aczkolwiek bardziej skupiony byłem na odganianiu dziesiątek much i rozmowie z tłumaczem. No, do momentu, kiedy zauważyłem, że wojownicy używają swoich 50-60 centymetrowych noży do odkrawania kawałków mięsa z kości – robi to wrażenie i wymaga dużej wprawy – wiem, bo oczywiście musiałem spróbować kiedy nikt nie patrzył 🙂

I tak powoli dobiegła końca nasza wizyta w Simanjiro. Następnego dnia wróciliśmy do Aruszy, skąd drogie Szwedki udawały się do Dar es-Salaam a my mieliśmy zabukowany autobus do Mombasy. Ale że to Afryka, nasze plany odnośnie podróży musiały się trochę zmienić, ale o tym wkrótce 😉

DSC01909

A na pożegnanie zdjęcie rodzinne

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: