Z wizytą u Masajów

Opisałem już wizytę w Tengeru i safari. Sporo się działo, a to były tylko dwa dni w Afryce… Po powrocie z safari zapoznaliśmy się przy kolacji z paniami ze Szwecji, z którymi mieliśmy spędzić następne pięć dni i zaplanowaliśmy następny dzień. A dzień zaczęliśmy od szybkiego śniadania po czym dwa Land Rovery przybyły. Załadowaliśmy bagaże i pojechaliśmy na zakupy. Musieliśmy zrobić zapasy na cały tydzień. Robiąc zakupy, najpierw w supermarkecie a później na targowisku, poczułem sie trochę jak podróżnik przygotowujący się do wyprawy w XIX wieku. Wiem, że trochę przesadzam, ale gdyby zabrakło nam wody, ktoś musiałby latać do studni rano i gotować wodę. Bedąc jedynym mężczyzną w grupie, chyba wiadomo na kogo spadłoby to niewdzięczne zadanie 😉 Dlatego ważne było, żeby kupić wszystko z listy.

img_2369

Warzyw i owoców w bród. Za kilka groszy można wynająć chłopców, którzy będą nosić torby z zakupami

Po załadowaniu terenówek, wyruszyliśmy w drogę do Emboreet, w dystrykcie Simanjiro, znajdującym się na południe od Aruszy. Podróż zajęła nam około pięciu godzin. Początkowo jechaliśmy drogą na Ngorongoro, ale niedługo odbiliśmy w lewo i zaczęły sie wertepy. To był mój pierwszy raz w land roverze ale jaki pierwszy raz. Niestety nie mogę dodać filmików, więc tylko zdjęcie. Ale filmik załaduję na FB.

img_3384

Czasem drogi w ogóle nie było. W porze deszczowej ta trasa jest prawie nieprzejezdna

Za każdym razem kiedy moja Matylda odwiedzała Simanjiro, warunki mieszkalne były dosyć spartańskie a tym razem? Przy kościele wybudowano mały pawilon z pokojami dla 2-4 osób. Każdy pokój miał… osobną łazienkę. Szok! Co prawda oprócz łóżek z moskitierami nic w pokoju nie było, nie dało się spłukać wody w toalecie, a woda (jeśli była) w prysznicu zimna, nie zmienia to faktu, że warunki były o wiele lepsze niż się spodziewałem. Powiedziałbym, że standardem pokoje dorównywały hostelowi w Ameryce Centralnej czyli całkiem nieźle.

img_2379

Polsko-szwedzki team. W lewym dolnym rogu moja skromna osoba i idąc dalej zgodnie ze wskazówkami zegara: Lena, Johanna, Hanna, Helena i moja Matylda

Powodem wizyty w Simanjiro było zakończenie 10-letniego projektu „Youth councils”, tworzenia uczniowskich rad w szkołach. Ze względu na społeczność masajską bedącą bardzo tradycyjną, projekt miał na celu utworzenie struktur poprzez które najmłodsi mogliby się nauczyć przemawiać przed starszymi. Kolejnym punktem programu była edukacja starszych, że dzieci i młodzież mają swoje zdanie i że chcą wpływać na otaczającą ich rzeczywistość. Szkoła, którą odwiedziliśmy jest prawdopodobnie jedyną szkołą w Tanzanii z takim projektem. A projekty takie są ważne bo mają na celu zmianę mentalności i przystosowanie tradycyjnej społeczności do życia w nowoczesnym świecie. Do dzisiaj Masajowe i inne plemiona w Afryce ponoszą konsekwencje polityki kolonialnej. Biały przyszedł, biały dał. Projekt trwał 10 lat a pod koniec nawet miejscowi, którzy byli w nim zaangażowani od lat, mówili o tym jakie to oni mają potrzeby, ile trzeba pieniędzy. Tłumaczenie, że pieniędzy nie będzie bo nie o to chodziło w projekcie trafiało w próżnię. Czasem miałem wrażenie, że starsi powiedzieli sobie, że stworzą te rady a Szwedzi będą uradowani i dadzą kasę. Jednocześnie nie ma presji, żeby dbać o to co było podarowane bądź wybudowane. Przy szkole jest bursa dla dzieci, które mieszkają daleko, zostały zakupione dla nich materace kilka lat temu i materace te zostały zniszczone przez dzieci bo jak to wytłumaczyli nauczyciele, dzieci się nudzą po zmroku więc wydłubują gąbkę i się nią rzucają. Z materaców pozostało wspomnienie. Następny przykład – nie było porządnych toalet, więc jakaś niemiecka firma je wybudowała kilka lat temu, ale szkoła o nie nie dba – toalety były bardzo brudne. Odniosłem wrażenie, że ludzie tam myślą – a tam, wybudują nam nowe… Bieda piszczy na każdym kroku, dzieci chodzą w potarganych uniformach, w budynkach nie ma szyb, brakuje podstawowych materiałów a nie ma żadnych zapędów, żeby zadbać o to co jest. Trochę to wygląda jak jakieś społeczne upośledzenie. Dlatego takie projekty są ważne, trzeba pokazywać jak sobie radzić w świecie a nie, przepraszam za trywializowanie, sypnąć paciorkami jak jest dobrze albo odrąbać rękę jak jest źle.

dsc01708

„Kuchnia” – do wyboru ryż albo ugali

A wizyta w szkole była cudownym przeżyciem, byliśmy gośćmi na dwóch posiedzeniach – rady młodszych i starszych uczniów. W każdej radzie jest przewodniczący, sekretarz, dzieci zgłaszają wnioski. Będąc pobocznym obserwatorem nie mogłem się odpędzić od myśli, że być może patrzymy na przyszłą elitę polityczną, starszyznę plemienną – ludzi, którym pokazano od małego, że mają oni takie same prawo do głosu jak dorośli. Czułem wzruszenie i dumę mimo że ja tam byłem tylko turystą.

dsc01714

Dzieci były bardzo zaangażowane

Po wizytacji przyszedł czas na zabawę – panie ze Szwecji pokazały dzieciom bardzo popularną w Szwecji grę o nazwie brännboll – coś jak nasz palant. Jeśli miałbym podsumować tę część dnia jednym słowem, powiedziałbym… chaos 🙂 Dzieci nie mówią za dobrze po angielsku ani tym bardziej po szwedzku a i nasz zasób słów w suahili był ograniczony. Prowadziło to do komicznych sytuacji, kiedy to panie chcąc pokazać jakie są zasady, robiły rundkę dookoła boiska a dzieci zamiast obserwować, biegły za nimi 🙂

dsc01752

Ale wszyscy się doskonale bawili

dsc01756

Dzieci dostały jasne instrucje od szwedzkich trenerów…

dsc01767

A skutki były takie 😀

dsc01772

A po ciężkim dniu pracy – zasłużony zachód słońca…

dsc01776

Nie było nam jednak dane pospać, bo każdego ranka budziły nas dzieci wesoło śpiewając hymn narodowy Tanzanii

W programie wycieczki były obowiązkowe odwiedziny w bomie. Boma to zarówno ogrodzenie z krzaków otaczające chaty ale także określenie domostwa czyli tego co w środku ogrodzenia. Najpierw udaliśmy się do Pauliny, która utworzyła kobiecą grupę wsparcia. Spotykają się razem, śpiewają, robią biżuterię, którą sprzedają a pieniądze przeznaczają na pomoc kobietom z grupy, jeśli na przykład któraś musi kupić mundurek dla dziecka do szkoły. Zakupiliśmy naszyjnik, który może nie był tani, ale przynajmniej wiemy na co idą pieniądze a co lepsze, poznaliśmy kobietę, która go zrobiła. To się nazywa Fair Trade!

img_3511

Naszyjnik i… nóż masajski. Wszyscy wojownicy taki mają. Kupiłem na targu za niecałe 7 dolarów. Ten sam można kupić w Aruszy za… 100 dolarów. Niestety wszystkie husty, koce i miecze używane przez Masajów są wyrabiane w… Chinach. Ot, globalizacja

Nieważne, jak biedna czy bogata jest boma, obowiązuje określony savoir-vivre. Gospodarz/gospodyni przedstawia wszystkich domowników i zarazem wita nas jako członków swojej rodziny, następnie goście muszą się przedstawić – krótka mowa chwaląca domostwo i członków plemienia zostanie przywitana z zadowoleniem. Następnie poczęstunek – kawa rozpuszczalna albo bardzo słodka i z dużą ilością ciepłego mleka herbata i w zależności od zamożności gospodarza – kurczak (bardzo chude te masajskie kurczaczki), jajka na twardo, owoce i obowiązkowo ciepłe napoje gazowane. Po poczęstunku czas na drobne podarunki. Moje drogie współtowarzyszki były doskonale przygotowane i zawsze miały podarunek dla gospodarzy i dzieci. Jakie było moje zdziwienie kiedy ja też dostałem podarunek – przy każej okazji. Zazwyczaj koc albo kolorowe husty. Byłem wdzięczny, że mogłem tam być i obserwować a tu jeszcze na prezenty się załapałem. I powiem Wam coś, od pierwszego dnia w Simanjiro coś mi się wydawało bardzo znajome, ale dopiero przy którejś wizycie domowej dotarło do mnie, że nie spotkałem się z taką gościnnością nigdzie indziej poza… Polską. Powiedzenie „Gość w dom, Bóg w dom” jest jak najbardziej żywe u Masajów i mimo że spędziłem tam tylko pięć dni, mają Oni specjalne miejsce w moim sercu…

dsc01790

Rodzina Pauliny

dsc01806

Prezenty!!!

dsc01821

Jedna, wielka, szczęśliwa rodzina 🙂

dsc01822

Z wizytą u kobiet

dsc01837

I znowu prezenty!

dsc01878

Kolejna boma i… w końcu prawdziwy masajski koc!!

dsc01883

Juliusz – mój masajski brat! Bez niego jako tłumacza daleko byśmy nie zawędrowali

Została mi jeszcze do opisania ceremonia, oficjalne zamknięcie projektu, ale chyba zostawię to na następny wpis, w którym dorzucę jeszcze kilka szczegółów z wizyty w Simanjiro.

A na zakończenie zdjęcie kalendarza ściennego z Prezydentem Tanzanii, Johnem Magufuli. Na każdym oficjalnym zdjęciu jest przedstawiany jako silny lider, wszystko rozbija się o symbolikę. Na tym kalendarzu Pan Prezydent jest w mundurze a dookoła niego mnóstwo sprzętu wojskowego. I tak widzimy m.in. śmigłowiec rosyjski i… niemiecką Panterę z okresu Drugiej Wojny Światowej 😀 Do usłyszenia!

dsc01788

Chyba łatwiej rządzić niewyedukowanym społeczeństwem…

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , , , , | 4 Komentarze

Zobacz wpisy

4 thoughts on “Z wizytą u Masajów

  1. ale wspomnienia! Założenia projektu ciekawe, ale z tego co piszesz nie udało się zmienić myślenia…

    • I tak i nie, bo jakby nie było to rady uczniowskie powstały i działają. Kroczek po kroczku do celu 😉 A jedna ze szwedzkich pań została zaproszona do Dar es Salaam bo jest tam zainteresowanie projektem. Tak wiec więcej plusów niż minusów 😊

      • ale tempo przyznasz wolne, dziesięć lat minęło. A może mi się tylko tak wydaje…
        chyba nie da się porównać upływu dziesięciu lat na tak odmiennych kontynentach (piszę chyba, bo Afrykę znam jedynie z opowieści :-)).

      • Ale tam wszystko jest hakuna matata i pole pole czyli powoli, powoli. Inna mentalność 😊

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: