Znowu ten Meksyk…

Autobus do Valladolid (oczywiście drugiej klasy) jechał 3,5 godziny. Nasz gospodarz z CS odebral nas z dworca i zabrał do swojej restauracji, chociaż określenie wiejska gospoda bardziej by pasowało (albo piątkowa dyskoteka w remizie). Był piątek, godzina 16, knajpa pełna w połowie, pan przygrywał smętne miłosne piosenki na klawiszach, jakaś podstarzała parka nieudolnie pląsała w pobliżu, stoliki były okupowane przez panów, którzy chyba akurat byli na przepustce z więzienia, a ich towarzyszki chyba się wzmacniały przed rozpoczęciem zmiany w najstarszym zawodzie świata… Staropolskie słowo „żulernia” doskonale pasuje do opisania tego lokalu 🙂 Niestety nie zaryzykowałem wyjęcia aparatu w tym miejscu…

Na szczęście nie musieliśmy tam zostawać, Tony podrzucił nas do centrum, obeszliśmy starówkę i udaliśmy się do klasztoru pod wezwaniem Św. Bernarda ze Sieny (mieszkańcy Valladolid używają nazwy Sisal), najstarszego na Jukatanie i na pewno jednego z najstarszych w Nowym Świecie. Budowa jego zaczęła się w 1552 roku i zakończona została osiem lat później. Budynek miał też pełnić funkcję fortecy, co miało sens w tamtych czasach, kiedy to Indianie byli nawracani ogniem i mieczem. W jednym z pomieszczeń zauważyłem na ścianie portret naszego papieża, za każdym też razem kiedy mówiłem, że jestem z Polski, wspominana była osoba papieża (albo Bońka i Lewandowskiego 🙂 ).  Wieczór zakończyliśmy degustacją meksykańskiego piwa i tequili 😉

Katedra Św. Serwacego przy głównym placu

Katedra Św. Serwacego przy głównym placu

Klasztor Św. Bernarda

Klasztor Św. Bernarda

Następnego dnia udaliśmy się do Chichén Itzá i muszę sie przyznać, że zacierałem w myślach rączki na myśl o tych ruinkach i ruinki nie rozczarowują ale ilość stoisk sprzedających rękodzieła i pamiątki przerażają. Dotarliśmy tam rano i większość sprzedawców dopiero się rozstawiała więc mieliśmy spokój, ale potem się zaczęło – nie da się przejść koło stoiska nie będąc zaczepianym, zewsząd dobiegają odgłosy „jaguarów” i „małp” – cyrk na kółkach. Jeśli coś będziecie kupować, targujcie się, nawet do 30% można utargować. Najlepiej kupować rano, bo sprzedawcy traktują pierwszą sprzedaż jako dobry znak.

Hmm, Chichén Itzá… czy wygląda w rzeczywistości jak na zdjęciach? Lepiej 😀 Jednakże, ze względu na większą popularność Chichen niż Uxmal, liczba zwiedzających jest proporcjonalnie większa. Będą małe luzy z rana, ale turyści nadciągają falami, autobus za autobusem, więc uzbroić się należy w cierpliwość, ale sam widok El Castillo (Zamek – Świątynia Kukulkana) wiele wynagradza 🙂

Miasto założone w IV-V wieku, opuszczone w IX i znowu zasiedlone w X wieku. Wtedy też zapewne do bram zapukali Toltekowie i od tego też czasu  aż do około XIII wieku miasto się prężnie rozwijało by w XV wieku zostać opuszczonym. Miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i zostało ogłoszone jednym z siedmiu nowych cudów świata. Poniżej parę fotek.

El Castillo - wstrzymałem oddech...

El Castillo – wstrzymałem oddech…

Piramida to właściwie kalendarz. 9 poziomów przedzielonych schodami daje 18 tarasów symbolizujących 18 20-dniowych miesięcy. Każdy z ciągów schodów liczy sobie 91 stopni, jest ich 4, dodaj platformę i mamy 365 dni. Tudzież 18x20=360, dodaj 4 ciagi schodów i platformę i też mamy 365 dni :)

Piramida to właściwie kalendarz. 9 poziomów przedzielonych schodami daje 18 tarasów symbolizujących 18 20-dniowych miesięcy. Każdy z ciągów schodów liczy sobie 91 stopni, jest ich 4, dodaj platformę i mamy 365 dni. Tudzież 18×20=360, dodaj 4 ciągi schodów i platformę i też mamy 365 dni 🙂

Świątynia Wojowników

Świątynia Wojowników

Nazwa wzięła się od postaci wojowników na pilarach

Nazwa wzięła się od postaci wojowników na pilarach

Długie na 150 metrów boisko do gry w piłkę

Długie na 100 metrów boisko do gry w piłkę

Pierzasty wąż połyka zameczek :) Ciężko zrobić zdjęcie bez statystów...

Pierzasty wąż połyka zameczek 🙂 Ciężko zrobić zdjęcie bez statystów…

El Caracol czyli Ślimak - okrągły bydynek na dużej platformie, nazwa się wzięła od spiralnej klatki schodowej w środku. Było to prawdopodobnie obserwatorium astronomiczne

El Caracol czyli Ślimak – okrągły bydynek na dużej platformie, nazwa się wzięła od spiralnej klatki schodowej w środku. Było to prawdopodobnie obserwatorium astronomiczne

Chichen to zdecydowanie miejsce, które trzeba odwiedzić, nie daj się wystraszyć tłumom, zawsze znajdzie się cichy kącik, żeby sobie przysiąść i w milczeniu popodziwiać.

Dzień zakończył się wiejską potańcówką… Cristina z Meridy była w Valladolid ze swoją surferką, była to ostatnia noc Marysi w Meksyku, więc poszliśmy o północy na balangę. Na początku leciały typowe dla takiego miejsca kawałki, ale nad ranem DJ wpłynął na meksykańskie wody i to już było ciekawsze. Mam nadzieję, że nie istnieje żaden dowód na to, że usiłowałem tańczyć salsę 😀

Następnego dnia Marysia wsiadła do autobusu do Cancun, skąd leciała do Londynu, a ja wróciłem do Meridy na dwa dni. Opis ruin Mayapan i Campeche w następnym wpisie.

Reklamy
Categories: Podróż | Tagi: , , , , , , | 2 komentarze

Zobacz wpisy

2 thoughts on “Znowu ten Meksyk…

  1. Meksyk (podobnie jak cała Ameryka Środkowa i Południowa) bardzo mnie pociąka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: